Slider

Niedawno pisałem, kiedy można używać nazw hotel, motel czy pensjonat. Idąc tym tropem, sprawdziłem legalność użycia słów klinika, kliniczny, czy clinic w nazwie lecznicy. Określenie klinika budzi pozytywne skojarzenia. Nie dziwi więc, że ludzie chętnie nazywają tak swoje placówki medyczne. Tylko, że prawo precyzyjnie określa kiedy używanie takich nazw jest dozwolone, a kiedy nie.
 

 

Są słowa, które sugerują profesjonalne usługi.

Ludzie z pewnymi określeniami utożsamiają usługi na najwyższym poziomie. Tak jest właśnie z nazwą klinika dla placówki medycznej czy określeniem hotel dla obiektu noclegowego.

Co ciekawe, podobnie jest z usługami prawnymi.

Nie ma u nas przepisów, które wyraźnie określałyby kto może używać nazwy kancelaria. I tak adwokaci prowadzą kancelarie adwokackie, radcowie prawni kancelarie radcowskie, a rzecznicy patentowi kancelarie patentowe lub rzecznikowskie.

Osoby, które nie mają uprawnień zawodowych, a chcą się uwiarygodnić w oczach potencjalnych klientów, używają w nazwach swoich firm określenia kancelaria.

I tak:

  • pośrednicy w obrocie nieruchomościami tworzą kancelarie nieruchomości;
  • agencje reklamowe nazywają swoje firmy kancelariami brandingowymi, a
  • doradcy finansowi działają jako kancelarie finansowe.

Takie “podwyższanie się o wysokość obcasa” obecne jest w niemal każdej branży. Koniec końców to klient powinien się orientować z czyich usług faktycznie korzysta. Jak się pewnie domyślasz, mało który się na to wysila.

Z pomocą muszą przyjść regulacje prawne.

Kiedy można użyć słów klinika lub kliniczny w nazwie lecznicy?

W internecie znalazłem masę placówek, które mają w swojej nazwie słowo klinika.

Już po pobieżnej analizie stwierdziłem, że większość z nich łamie prawo. Użycie słowa „klinika” w obrocie gospodarczym reguluje ustawa o działalności leczniczej.

Maksymalnie upraszczając:

Oznaczeniem “klinika” albo “kliniczny” mogą się posługiwać podmioty lecznicze, które są prowadzone przez uczelnie medyczne lub z nimi współpracują.

Ustawa wskazuje również, że w klinikach poza działalnością typowo leczniczą odbywa się kształcenie studentów w zawodach medycznych.

Klinikami są więc szpitale i oddziały należące do uniwersytetów medycznych, a nie każda placówka lecznicza.
 

Co grozi za bezprawne użycie słowa klinika?

No i tutaj pojawia się problem.

Ustawa o działalności leczniczej nie przewiduje kar za nieuprawnione używanie słowa „klinika”.

Izby lekarskie walczą z tym zjawiskiem na dwa sposoby.

Jednym z narzędzi nacisku, jest groźba wytoczenia postępowania dyscyplinarnego przeciwko lekarzowi.

Problem w tym, że wiele z takich placówek leczniczych jest prowadzonych przez przedsiębiorców, którzy lekarzy po prostu zatrudniają.

Izby lekarskie o prawdopodobnym naruszeniu prawa mogą również zawiadomić organy rejestrujące takie podmioty lecznicze. W opisanym powyżej przypadku będzie to miejscowy wojewoda. I faktycznie z informacji do których dotarłem wynika, że wojewodowie interweniują. Żądają od placówek medycznych udokumentowania, że mogą używać słowa klinika czy kliniczny.

Efekt?

Po interwencji większość obiektów szybko zmienia nazwę.


Czy mogę użyć słów klinika, clinic lub kliniczny w nazwie lecznicy?

Czy użycie angielskiego słowa “clinic” pozwala obejść prawo?

Sprawa nie jest oczywista, choć jak przeczytasz dalej, mam swoje zdanie na ten temat.

Ustawa o działalności leczniczej nie zakazuje używania synonimów, a także tłumaczeń słowa klinika. Z tego powodu przedsiębiorcy próbują obejść prawo używając angielskiej nazwy „clinic”. W internecie miałem okazję czytać opinie kilku prawników, że taki zabieg może się udać.

W końcu ustawy nie można interpretować rozszerzająco.

 

Tylko, że z identycznym problemem borykała się branża hotelarska.

Określeniem hotel mogą się posługiwać tylko te obiekty, które spełniają wyśrubowane standardy określone w ustawie. Przedsiębiorcy zaczęli to obchodzić, nazywając swoje obiekty nie hotele, ale „hoteliki” czy „hoteluxy”. I właśnie sprawa “hoteliku” trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ten stwierdził, że zakazane jest  używanie nazwy obiektu hotelarskiego, która może wprowadzać w błąd.

Z tego co wiem, podobnego procesu o legalność używania określenia „clinic” jeszcze nie było. Mimo wszystko okoliczności tej sprawy wydają się być zbliżone. W obu przypadkach przedsiębiorcy posługują się nazwami, które choć wyraźnie w ustawach nie są zakazane, to jednoznacznie mają się konsumentom kojarzyć z klinikami czy hotelami.

Z podobną sytuacją mam do czynienia, kiedy klienci mówią mi, że chcieliby, aby ich nazwa firmy była podobna do jakiejś znanej w ich branży marki, ale na tyle różna, aby jednak nie łamać prawa.

Tylko, że nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka 🙂

 

Zarzut dopuszczenia się czynów nieuczciwej konkurencji.

Pamiętaj również, że oferowanie i reklamowanie swoich usług, w sposób mogący wprowadzać w błąd konsumentów, to czyn nieuczciwej konkurencji. Pytanie czy osoba, która jest zainteresowana skorzystaniem z Twoich usług, widząc określenie „clinic” przetłumaczy je jako klinika?

Moim zdaniem jak najbardziej tak.

Według statystyk obecnie ponad 60% Polaków posługuje się językiem angielskim w sposób przynajmniej komunikatywny. Słowo „clinic” nie jest więc dla nikogo określeniem fantazyjnym.

To tak jakbym ja jako rzecznik patentowy pisał o sobie attorney (adwokat). Choć może nie jest to idealny przykład, bo rzecznik patentowy tłumaczy się jako patent attorney 🙂

 

Czy mogę użyć słów klinika, clinic lub kliniczny w nazwie lecznicy?Czy rejestracja znaku towarowego w Urzędzie Patentowym RP uprawnia do używania słowa klinika, clinic lub kliniczny?

Może się tak zdarzyć, że właściciel placówki medycznej postanowi „zalegalizować” używanie słowa klinika poprzez rejestrację swojego znaku towarowego w Urzędzie Patentowym. W końcu ustawa prawo własności przemysłowej mówi, że:

Art. 153. 1.

Przez uzyskanie prawa ochronnego nabywa się prawo wyłącznego używania znaku towarowego w sposób zarobkowy lub zawodowy na całym obszarze Rzeczypospolitej Polskiej.

 
Tylko już Ci powiem, że przyznanie takiego formalnego prawa ochronnego wcale nie oznacza, że możesz się danym znakiem posługiwać.

Co więcej, ustawa wskazuje, że nie udziela się praw ochronnych na oznaczenia, które ze swojej istoty mogą wprowadzać w błąd.

Tym samym już na etapie zgłoszenia ekspert może zażądać od ciebie udokumentowania, że możesz używać słów klinika, clinic czy kliniczny. A jeżeli nawet nie będzie Ci robił problemów, to po uzyskaniu ochrony konkurent może spróbować Ci ją unieważnić.

Wyjątek kiedy możesz używać słów klinika, clinic czy kliniczny.

Co do zasady te rygorystyczne przepisy dotyczą jedynie podmiotów, które oferują usługi lecznicze. Tylko w takim przypadku konsument widząc napis klinika może zostać wprowadzony w błąd. Nie ma jednak przeszkód, aby tym określeniem posługiwały się podmioty w ogóle nie związane z branżą medyczną.

I faktycznie w Urzędzie Patentowym można znaleźć wiele przykładów kreatywnego wykorzystania określenia “klinika” w znakach towarowych.


Przykładowo:
 
1 – KLINIKA DŹWIĘKU (R-145686)

Znak przeznaczony do oznaczania zestawów audio.

 
2 – KLINIKA DZIURAWEGO TŁUMIKA DR JURKA NIECZYPURKA (R-240282)

Przeznaczony do oznaczania tłumików i usług naprawczych.

 
3 –

Czy mogę użyć słów klinika, clinic lub kliniczny w nazwie lecznicy?(R-242664)

Przeznaczony do oznaczania usług związanych z ogrodnictwem.

 
4 – KLINIKA STANIKA (R-257075)

Przeznaczony do oznaczania bielizny damskiej i usług w zakresie dobierania właściwego rozmiaru biustonosza.

 
5 –

Czy mogę użyć słów klinika, clinic lub kliniczny w nazwie lecznicy?(R-162262)

Przeznaczony do oznaczania m.in. usług fryzjerskich.

 

Podsumowując.

Używanie słowa klinika do oznaczania podmiotu leczniczego, który nie spełnia wymogów określonych w ustawie o działalności leczniczej, jest naruszeniem prawa.

Na rynku jest wiele podmiotów, które ten zakaz starają się obchodzić, używając słowa „clinic”. Legalność używania tego słowa nie jest prosta do określenia. Zakładając, że większość konsumentów odczyta go jako informacja o usługach w klinikach, to będzie to stanowić czyn nieuczciwej konkurencji.

W takim przypadku również używanie tego określenia jest ryzykowne.

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Ostatnio pisałem o trollach od znaków towarowych (tzw. trademark trolls). Są to podmioty, które rejestrują na siebie cudze znaki towarowe. Później grożą takim firmom procesami, jeżeli te np. nie będą chciały odkupić praw do znaku. W tamtym artykule wskazałem jak się przed tym bronić. Dzisiaj z kolei przybliżę Ci pięć najbardziej elektryzujących sporów z ich udziałem.

 

Trademark trolls mają możliwości działania w krajach, w których przy rejestracji znaku nie jest wymagany dowód jego używania. A tak właśnie wygląda procedura w Polsce i UE. Brak takiego wymogu jest niezaprzeczalnym atutem. Ułatwia bowiem przedsiębiorcom prewencyjne zastrzeganie swoich marek. Niestety stwarza równocześnie dogodne warunki do działania trollom od znaków towarowych.
 

#1 Trademark trolls – Tim Langdell

W poprzednim artykule opisałem pierwszego trolla od znaków towarowych, Leo Stollera. Człowiek ten z szantażowania przedsiębiorców uczynił prawdziwy biznes.

Podobnie działał Tim Langdell, założyciel EDGE Games.

W latach 90-tych zarejestrował on kilka znaków towarowych EDGE. W następnych latach udzielał licencji na korzystania ze swoich znaków licznym podmiotom. Co ciekawe, również tym, które oferowały towary i usługi, których jego znaki nie obejmowały. Mimo wszystko Langdell upierał się, że taką licencję podpisać muszą.

Tym, którzy mu odmawiali groził sądem.

 

Jest to ciekawy przykład trolla. Człowiek ten formułował bowiem roszczenia daleko wykraczające poza faktyczną ochronę prawną, którą posiadał.

Osobiście mam wrażenie, że czasami o proceder trademark trolls ocierają się międzynarodowe korporacje, które agresywnie bronią swojej własności intelektualnej. Patrz: spory APPLE.

 

W 2010 r. Langdell próbował wyłudzić od Electronic Arts odszkodowanie za produkcję gry “Mirror’s Edge”. Sprawę przegrał, a sędzia nazwał dowody przedstawione przez niego za “ewidentnie sfabrykowane”. Langdell twierdził przykładowo, że zaprojektował logo EDGE.

Problem w tym, że program, którego jak twierdzi użył w tym celu, pochodził z pakietu Microsoft 95, który w 1991 roku jeszcze nie istniał.

W efekcie jego agresywnych działań, podjęto próbę unieważnienia jego wszystkich znaków towarowych. Udało się to ostatecznie w 2013 r.

 

#2 –  Tesla Motors vs. Zhan Baosheng

W 2009 r. chiński biznesmen – Zhan Baosheng, zarejestrował w chińskim urzędzie znak towarowy “TESLA” m.in. do oznaczania samochodów. I zrobił to zarówno w chińskiej, jak i angielskiej wersji językowej. Dodatkowo posiadał on również domenę “teslamotors.com.cn” oraz mikrobloga o nazwie Tesla.

O tym wszystkim, popularny producent samochodów dowiedział się dopiero, kiedy postanowił wejść na rynek chiński ze sprzedażą swoich aut elektrycznych.

Tesla początkowo podjęła próbę odkupienia od pana Baoshenga praw do znaków oraz domen. Kiedy jednak usłyszała ofertę w wysokości 32 mln dolarów, podjęła próbę ich unieważnienia.

Biznesmen nie pozostał dłużny i sam złożył pozew przeciwko Tesli. Zażądał 3,9 mln dolarów odszkodowania  oraz zaprzestania przez Teslę używania jego znaków.

Spór ostatecznie zakończył się ugodą w 2014 roku.

 

Widzę, że proceder trademark trolls na skalę międzynarodową zdarza się często. W artykule pt.: Działasz międzynarodowo? Chroń swój znak towarowy. pisałem, że Twój oficjalny dystrybutor z obcego kraju może zastrzec na siebie Twoją markę.

Po co?

Aby mieć silną kartę przetargową w negocjacjach. Jeżeli nie dogadacie się co do warunków współpracy, może zablokować Ci rynek całego kraju.

 

Trademark trolls - trolle od znaków towarowych (fot. 1)

3 – Never Give Up vs. Juiced Up oraz Juiceling

O tym sporze głośno było w Szkocji w 2008 roku. Tamtejsza firma Never Give Up zgłosiła do ochrony 34 różne znaki towarowe związane ze sprzedażą i produkcją soków. W tej grupie znalazły się dwa znaki obecnych już na rynku barów z sokami – Juiced Up oraz Juiceling.

Never Give Up zażądała opłat licencyjnych od obu przedsiębiorców w wysokości 25- 30 tys. funtów. Co ciekawe, zrobiła to nie czekając nawet na formalną rejestrację zgłoszonych znaków.

Kiedy sprawa trafiła do prasy, dziennikarze BBC postanowili pod przykrywką skontaktować się z właścicielem Never Give Up. Mężczyzna utrzymywał, że jego akcje są legalne i posiada wszelkie prawa do znaków. Groził też dziennikarzom twierdząc, że działa dla “wpływowych zleceniodawców”, a następnie podniósł jeszcze ceny żądanych opłat do 60 tys. funtów.

Właściciel Juiced Up ostatecznie złożył sprzeciw do rejestracji znaku zarzucając dokonanie zgłoszenia w złej wierze. Sprawę wygrał, ale też od razu dokonał rejestracji nowego znaku na siebie.

 

Zobacz również:

Telefoniczna porada prawna. Zobacz jakie to proste.

Ten przypadek pokazuje, że trademark trolls często bazują na niewiedzy przedsiębiorców. Osoba, która zobaczy groźnie wyglądające pismo z kancelarii prawnej i da się zastraszyć – zapłaci haracz naciągaczom.

Jeżeli to Ty dostałeś takie pismo, to w pierwszej kolejności radzę Ci trochę podrążyć temat. Być może odpowiedź na swoje pytanie znajdziesz w artykułach na moim blogu.  Jeżeli nie, to mogę przyjrzeć się Twojej sprawie w ramach telefonicznej porady prawnej.

 

Trademark trolls - trolle od znaków towarowych4 – Marka win Castel Frères SAS vs.  Li Dao Shi

Tutaj mamy przypadek, kiedy trolle od znaków towarowych wzięły na celownik nie markę całej firmy, a jeden z jej produktów.

Castel Frères to działająca od lat 40. francuska firma zajmującą się produkcją win. Sprzedaż prowadzi w 130 krajach. Od 2000 roku wprowadza na terenie Chin wino pod nazwą “Ka Si Te – Chang Yu Chateau” oraz “Zhang Yu Ka Si Te” (“ka si te” jest transliteracją słowa “castel”).

Tylko, że w 2000 r. inna chińska firma – Li Dao Shi zarejestrowała znak towarowy “ka si te” na napoje alkoholowe. Znak nigdy nie był używany, aż do 2008 r. Wtedy to utworzono spółkę Ka Si Te Wine Co. Ltd., która zajęła się eksportem win o nazwie “ka si te” z Francji.

Castel Frères próbowała zarejestrować swój znak towarowy “Ka Si Te” w 2005 r., jednak dostała odmowę.  Wtedy właśnie zorientowała się, że w Chinach jest już zarejestrowany podobny znak towarowy. Francuzi podjęli próbę unieważnienia kolizyjnego znaku, zarzucając mu brak używania.

Po 6-ciu latach sprawę przegrali.

Tęą sytuację wykorzystali Chińczycy, którzy złożyli pozew przeciwko Castel Frères i zażądali odszkodowania w wysokości 5 mln euro. Pomimo prób udowodnienia renomy i pierwszeństwa posiadania znaku przez francuską firmę, spór zakończył się zwycięstwem Li Dao Shi.

 

Trademark trolls - trolle od znaków towarowych5 – CEDC vs. Stock Polska w walce o Saską

Zastanawiałem się czy do tego zestawienia nie dodać świeżej sprawy z naszego krajowego podwórka. Uznałem jednak, że ją opiszę, choć od razu wyjaśnię, że nie miał tutaj miejsca klasyczny trolling. To było raczej:

wykorzystanie błędu konkurenta by zaszachować go zgodnie z prawem.

 

Historia wyglądała tak, że Stock Polska postanowił wprowadzić na rynek wódkę Saska. W październiku 2015 r. wystartowała oficjalna komunikacja na ten temat. Miesiąc później pierwsze partie towaru trafiły do sprzedaży.

O planach biznesowych konkurenta szybko dowiedziała się firma CEDC i … 21.10.2015 r. zgłosiła na siebie ten słowny znaku towarowy.

W artykule pt.: Jak chronić markę firmy? wskazywałem, że pewne prawa do marki wynikają z racji jej pierwszeństwa używania. Tylko, że z tego co czytałem to przed zgłoszeniem znaku Saska przez CEDC, ta wódka nie była jeszcze obecna na rynku.

 

Stock Polska popełnił więc elementarny błąd. Najpierw ogłosił swoje plany biznesowe, a dopiero później (w listopadzie) złożył wniosek o rejestrację znaku Saska.

Jak tylko Urząd Patentowy RP wydał decyzję o przyznaniu ochrony na znak towarowy Saska, konkurent złożył pozew przeciwko Stock Polska. W wyniku tego, w zakładzie Stock Polska pojawił się komornik z nakazem zabezpieczenia wyprodukowanej tam wódki.

 

Stock Polska miał poważny problem.

Zainwestował miliony w produkcję i promocję wódki, a jej sprzedaż zablokowano. Każdy kolejny dzień przestoju pogłębiał straty. Dodatkowo to konkurent posiadał prawa do jej marki. A jako, że wniosek o ochronę CEDC złożył zanim Saska trafiła na sklepowe półki, szanse na unieważnienie tego znaku były szczerze mówiąc średnie.

W tych okolicznościach strony przystąpiły do negocjacji.

W ramach ugody CEDC przeniosła prawa do znaku towarowego Saska na Stock Polska. Warunki porozumienia były poufne. Czuję jednak, że CEDC sporo na tym sporze skorzystało.

 

Wprowadzając markę na rynek pamiętaj o kolejności działań:

1 – Zrób badanie zdolności rejestrowej znaku towarowego.
2 – Dokonaj zgłoszenia znaku towarowego do ochrony.
3 – Zacznij promocję nowego produktu.


 

O zjawisku trademark trolls szczegółowo mówiłem już w tym nagraniu:

 

Fot. 1 – he-sk / CC BY-NC-SA

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Na pewno słyszałeś o trollach patentowych. Są to firmy, które skupują patenty, by później masowo pozywać osoby ponoć je naruszające. Co ważne, to nie są firmy, które wpływają na innowacyjność. Patent to dla nich narzędzie do walki. I uwaga. Istnieją również trolle od znaków towarowych! A jako, że łatwiej zastrzec znak towarowy niż uzyskać patent, takie trolle mogą działać na ogromną skalę.
 

 

Naciągacze inspirację czerpią z zachodu.

Trolle od znaków towarowych swego czasu na dużą skalę działały na zachodzie. Mam nadzieję, że się mylę, ale przewiduję, że niedługo ten proceder zawita do Polski. W końcu wiele osób zrobiło prawdziwe biznesy kopiując modele biznesowe z bardziej rozwiniętych krajów. Niestety również te wątpliwe od strony etycznej.

Przykładowo 5 lat temu, proceder który nazywam „wyłudzeniem na Urząd Patentowy” był marginalny.

Polega on na tym, że każdy kto zgłosił do ochrony swój znak towarowy dostaje list, imitujący oficjalne pismo z Urzędu Patentowego (przykład po prawej).

Jest tam napisane, że w związku z rejestracją (w ich rejestrze) taka osoba musi wnieść opłatę za publikację informacji o znaku towarowym.

A kwoty zaczynają się tam często od 1000 zł.

Jeżeli przedsiębiorca nie będzie czujny i zapłaci – zasili konto prywatnej firmy. Ten sposób wyłudzania przyszedł do nas z zachodu i stanowi prawdziwą plagę. Można jednak powiedzieć, że jest to dość łagodna forma naciągania. Bazuje bowiem na nieuwadze i pomyłce przedsiębiorcy.

Jak działają trolle od znaków towarowych?

Niestety dość metodycznie i agresywnie.

Lokalizują firmę, która nie chroni swojego znaku towarowego i oceniają jej potencjał ekonomiczny. Jeżeli spełnia ich oczekiwania, rejestrują jej znak towarowy na siebie. Po uzyskaniu świadectwa rejestracji przystępują do ataku. Grożąc pozwem, żądają albo odkupienia praw do znaku albo podpisania odpłatnej umowy licencyjnej.

Ten comiesięczny haracz nie jest wysoki. Nie chodzi w końcu o to, aby pasożyt zabił żywiciela. Celem jest “subtelne” skubanie go z pieniędzy.

Oczywiście żaden troll nie ma zamiaru zastrzeżonych znaków używać. Model biznesowy polega na szantażowaniu tych firm, które nie zadbały o ochronę swojej marki. Zresztą taki atak może być wymierzony również w markę wiodącego produktu przedsiębiorcy.

Rejestracja cudzego znaku towarowego na siebie jest możliwa.

Technicznie da się to zrobić!

Nie zawsze było to jednak tak proste jak obecnie. Od 1985 r. obowiązywała w Polsce ustawa, która mówiła, że znak może zgłosić przedsiębiorca, który już go używa.

Co więcej musiał on udowodnić, że ubiega się o ochronę znaku w zakresie branży w której faktycznie działa.

Te przepisy były krytykowane i po latach je zmieniono.

 

Dziś, jeżeli planujesz rozkręcić biznes, możesz prewencyjnie zastrzec znak towarowy. I to jeszcze jako osoba fizyczna, która nie prowadzi działalności gospodarczej.

Nowe przepisy stanowią bardzo duże ułatwienie dla firm. Niestety, w rękach trolli od znaków towarowych stają się niebezpiecznym narzędziem perswazji.

Zagrożenie jest realne, bo rejestracja znaku towarowego jest tańsza i szybsza niż uzyskanie patentu na wynalazek.

Jeżeli troll dysponuje większym kapitałem, to w przeciągu zaledwie pół roku może zarejestrować kilkadziesiąt znaków. A wtedy zacznie się prawdziwe  polowanie na przedsiębiorców.

Trolle od znaków towarowych w USA i Polsce.

W USA działały firmy, które z takiego trollingu zrobiły prawdziwy biznes. W osobnym artykule opiszę najciekawsze przypadki. Tutaj przytoczę jedynie historię Leo Stollera.

Był to pierwszy troll od znaków towarowych, który działał na skalę wręcz przemysłową. Dał się we znaki zarówno amerykańskim przedsiębiorcom jak i sądom. Na Wikipedii możesz przeczytać długą listę jego sporów.

Leo Stoller za pomocą swoich spółek, rejestrował w USA setki znaków towarowych, które wykorzystywał do wyłudzania odszkodowań od firm. Działał na taką skalę, że w pewnym momencie toczyło się przeciwko niemu aż 55 postępowań.

Jedną z jego najgłośniejszych akcji była rejestracja znaku towarowego “Stealth” właściwie we wszystkich klasach towarowych. Po uzyskaniu ochrony pozwał:

  • studio Columbia Pictures za produkcję filmu “Stealth”;
  • baseballistę Georga Bretta za sprzedaż kijów baseballowych pod marką “Stealth”;
  • amerykański koncern technologiczno zbrojeniowy Northrop Grumman za produkcję militarnego bombowca niewykrywalnego przez radary “Stealth Bomber”

Leo Stoller w 2006 r. wniósł sprzeciw do rejestracji znaku towarowego “Google” na piłki do ćwiczeń. W trakcie sporu przedstawiał rzekome dowody na to, że ma prawa do marki Google już od 1981 r. Ostatecznie przed końcem procesu jego spółka zbankrutowała, a syndyk zajmujący się jej majątkiem, wycofał się ze sprawy.


Czy trolle od znaków towarowych działają w Polsce?

Z tego co się orientuję, to ten proceder jeszcze u nas nie występuje. Albo mówiąc precyzyjniej, nie występuje na tak dużą skalę.

Pojedyncze przypadki rejestrowania cudzych znaków towarowych się zdarzają. Sam miałem okazję bronić klientów w tego typu sporach. Zawsze jednak dotyczyło to walki dwóch skonfliktowanych ze sobą firm. Jedna podkupiła konkurencji pracowników, to druga zastrzegła na siebie jej znak towarowy.

Znak towarowy może zarejestrować na siebie Twój zagraniczny dystrybutor. Jak się z nim pokłócisz, na kilka lat skutecznie zablokuje Ci rynek danego kraju. A o problemie dowiesz się od celników, którzy zajmą Ci towar na granicy.

Tak więc trolle od znaków towarowych działają w naszym kraju, ale dotyczy to raczej incydentalnych przypadków.


Trolle od znaków towarowych. Trademark trolls.

Trademark trolls – jak się bronić przed trollami od znaków towarowych?

Na ten proceder należy spojrzeć od strony prawnej i ekonomicznej.

Pamiętaj, że

choć istnieją narzędzia prawne, aby z trollami walczyć, to od strony ekonomicznej taki spór może zagrozić firmie.

Od strony prawnej da się z tym walczyć. Przynajmniej w części przypadków, znak zarejestrowany na trolla finalnie można unieważnić. Tylko od strony ekonomicznej firma może mieć do tego czasu ogromne problemy.

Troll może wnosić o zabezpieczenie towaru na czas procesu. Jeżeli sędzia się do tego przychyli, komornik w asyście policji fizycznie zablokuje Ci sprzedaż.

Na dłuższą metę, taka sytuacja może wykończyć Twoją firmę. Wiedząc o tym, troll będzie grał na czas. Wszystko po to, aby zmusić Cię do zawarcia ugody na jego warunkach.


No dobrze, ale jak się przed tym bronić?

Wszystko zależy od sytuacji w jakiej jesteś. Jeżeli troll od znaku towarowego wysłał Ci pismo ostrzegawcze, możesz rozważyć spór sądowy. Czynem nieuczciwej konkurencji jest m.in. utrudnianie innym przedsiębiorcom dostępu do rynku. A dokładnie tym jest żądanie zaprzestania używania przez Ciebie nazwy, którą posługiwałeś się jako pierwszy.

Zresztą w artykule pt.: Jak chronić markę firmy pisałem, że pewne prawa do marki masz nawet bez formalnej rejestracji znaku towarowego w Urzędzie Patentowym.


Dużo skuteczniejsze mogą się jednak okazać działania typowo prewencyjne.

Zapytaj mnie o wycenę

Imię i nazwisko

Adres email

Treść wiadomości

+48 575 999 710

mikolaj@lech.bydgoszcz.pl

1 – Jako pierwszy zarejestruj swój firmowy znak towarowy.

Dzięki temu znikasz z radaru takiego trolla. Przestajesz być w jego targecie. No chyba, że jesteś dużą firmą produkcyjną, która nie chroni nazw swoich wiodących produktów.

Powodów dlaczego warto zastrzec znak jest wiele. Ochrona przed tytułowymi trollami, to tylko jeden z argumentów.

 

2 – Monitoruj jakie znaki towarowe są zgłaszane do Urzędu Patentowego.

Lokalizując zgłoszenie, które zrobił troll, masz czas nie dopuścić do rejestracji.

Pamiętaj, że obecnie Urząd Patentowy przyzna ochronę na każdy znak towarowy, chyba, że ktoś się temu sprzeciwi.

Jeżeli przy zgłoszeniu lub monitorowaniu chciałbyś skorzystać z moich usług, odezwij się do mnie przez formularz po prawej.


Ciekawostka:

W USA i Kandzie prawo wymaga, aby znak towarowy był realnie używany zanim wystąpi się o jego rejestrację. Jest to jeden z wymogów uzyskania ochrony. To strasznie irytuje polskie firmy, które planują dopiero wejść na któryś z tych rynków.

Okazuje się, że ten formalny wymóg wymierzony jest właśnie w trolle od znaków towarowych. Utrudnia to spekulacyjne rejestrowanie znaków innych firm.

W Polsce jak już mówiłem, takich ograniczeń nie ma. A to oznacza, że warunki dla działalności trolli są sprzyjające.

Przedsiębiorcy nie doceniają roli znaków towarowych.

Czuję, że kiedy w polskich mediach zrobi się głośno o trollach od znaków towarowych, przedsiębiorcy zaczną lepiej chronić swoje marki. Pewnie jedna medialna sprawa odniesie lepszy skutek niż 5 lat pisania przeze mnie tego bloga.

Nie narzekam. Rozumiem, że takie jest życie 🙂

Dość często przedsiębiorcy bagatelizują rolę znaków towarowych. Oczywiście jest grono firm, które rozumie, że marka to magnes dla klientów. Ma więc określoną wartość. Ja jednak nadal spotykam się z opiniami, że jakaś firma jest zbyt duża, aby ktoś chciał jej ukraść markę. Rejestracja znaku towarowego jest więc w jej opinii zbyteczna.

Tylko, że znak towarowy należy traktować jak ubezpieczenie. Jeżeli nic się nie dzieje możesz mieć poczucie wyrzuconych pieniędzy w błoto. Jeśli jednak pojawią się problemy, taka ochrona okazuje się bezcenna.


Strategia obrony przed trollami od znaków towarowych:

  1. Jako pierwszy zarejestruj znak towarowy swojej firmy.
  2. Ochroną obejmij każdy kraj, w którym prowadzisz poważne interesy.
  3. Dodatkowo zastrzeż znaki towarowe swoich wiodących produktów.
  4. Pilnuj terminów na przedłużenie 10-cio letniej ochrony swoich znaków.
  5. Monitoruj jakie znaki towarowe zgłasza do ochrony Twoja konkurencja.
  6. Jeżeli troll Cię zaatakuje skontaktuj się ze mną.


 
Na sam koniec zachęcam Cię również do obejrzenia poniższego nagrania:

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Nazwy typu hotel, motel czy pensjonat, są chronione prawem. Oznacza to, że może się nimi posługiwać tylko ten, kto spełni ustawowe wymogi. To może być dla Ciebie zaskoczeniem. Przyjęło się, że o standardzie obiektu świadczy ilość posiadanych przez niego gwiazdek. Okazuje się jednak, że takim wyznacznikiem jest już sama możliwość posługiwania się słowem hotel, motel czy pensjonat.
 

 

Określenia Hotel, Motel i Pensjonat są chronione prawem.

Regulacje prawne dot. używania określenia hotel, motel i pensjonat wprowadzono, aby chronić nas jako klientów takich obiektów. Jeżeli szukasz jakiegoś hotelu czy motelu w górach, to musisz mieć pewność, że pewien minimalny standard sobą reprezentuje.

Nie możesz się zastanawiać, czy wybierając ofertę danego hotelu, na miejscu nie trafisz do jakiejś meliny. Jeżeli obiekt posługuje się określeniem hotel, to jak przeczytasz dalej, został już skontrolowany i skategoryzowany.

 
Czy lekka modyfikacja nazwy pozwala obejść prawo?

Obowiązujące przepisy bolą strasznie osoby, które określonych standardów nie spełniają. A jako, że jesteśmy dość kreatywnym narodem, to jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać obiekty o dziwnie znajomych nazwach typu:

  • HOTELIK;
  • MOTELIK;
  • PENSJONACIK;
  • HOTELIX.

Niektórzy podejmują się zabawy z dużymi i małymi literami.

Powstały obiekty używające nazw typu:

  • usługi HOTELarskie, czy
  • HOTELux.

Całkowicie przypadkiem tylko eksponują one słowo HOTEL 🙂


NSA: Nie wolno używać nazwy HOTELIK.

Sprawa używania nazw mających jednoznaczne skojarzenia trafiła do sądu.

W 2016 r. Naczelny Sąd Administracyjny odpowiedział na pytanie czy można używać nazwy HOTELIK dla obiektu noclegowego. Wyrok (sygn. akt II GSK 2582/14) nie pozostawia żadnych wątpliwości. Sąd jednoznacznie stwierdził, że jeżeli obiekt nie przeszedł kategoryzacji, używanie takiego oznaczenia jest niedozwolone.

Nie ma przy tym znaczenia, czy nazwa ta jest pisana z dużej, czy małej litery, użyta w formie zdrobniałej, czy z określonymi prefiksami, zakazane jest użycie określonej nazwy obiektu hotelarskiego, mogącej wprowadzać w błąd, a więc w tym przypadku nazwy “hotelik”.

Przypomnienia w tym miejscu wymaga, że Sąd I instancji przesądził, że nazwa w tej formie może wprowadzać klientów w błąd co do rodzaju obiektu hotelarskiego.

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Kiedy można używać nazw hotel, motel czy pensjonat?

Aby obiekt hotelarski mógł zacząć działać, musi zostać zaszeregowany i wpisany do Ewidencji Obiektów Hotelarskich. Zajmuje się tym marszałek województwa właściwy ze względu na miejsce położenia takiego obiektu.

Zainteresowana osoba powinna złożyć wniosek o jego zaszeregowanie. Oczywiście przed wydaniem decyzji, dokonywana jest kontrola się czy obiekt faktycznie spełnia wszystkie wymogi.


W Polsce usługi hotelarskie są regulowane przez dwa akty prawne:

  • Ustawę o usługach turystycznych oraz
  • Rozporządzenie w sprawie obiektów hotelarskich i innych obiektów, w których są świadczone usługi hotelarskie.



Ustawa definiuje m.in. następujące rodzaje obiektów hotelarskich:

HOTEL

To obiekt posiadający co najmniej 10 pokoi. Przy czym w większości muszą to być pokoje jedno- i dwuosobowe. Taki obiekt musi świadczyć szeroki zakres usług związanych z pobytem klientów.

MOTEL

Motelami są obiekty położone przy drogach i dysponujące parkingiem. Podobnie jak hotele muszą mieć co najmniej 10 pokoi, z których większość to tzw. jedynki i dwójki.

PENSJONAT

Określeniem pensjonat mogą posługiwać się obiekty posiadające co najmniej 7 pokoi i świadczące dla swoich klientów całodzienne wyżywienie.

Co oznaczają gwiazdki hotelowe?

Możliwość posługiwania się nazwą hotel, motel czy pensjonat to jedno. Dodatkowo każdemu obiektowi przyznaje się kategorię, uzależnioną od jego standardu.

I tak dla:

  1. hoteli, moteli i pensjonatów – pięć kategorii oznaczonych gwiazdkami;
  2. kempingów (campingów) – cztery kategorie oznaczone gwiazdkami;
  3. domów wycieczkowych i schronisk młodzieżowych – trzy kategorie oznaczone cyframi rzymskimi.



Poniżej znajdziesz wybrane wymagania, które muszą spełnić hotele chcące się posługiwać wybraną ilością gwiazdek.


Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Hotel pięciogwiazdkowy:

  • powierzchnia mieszkalna pokoju 1-osobowego: 14m2, 2- osobowego: 18 m2;
  • apartament co najmniej 25m2;
  • w części pobytowej klimatyzacja lub inne urządzenia i systemy zapewniające wymianę powietrza i utrzymanie temperatury latem poniżej 24°C, a zimą powyżej 20°C oraz wilgotność 45-60%;
  • sejf;
  • minibar;
  • waga osobowa;
  • telefon w łazience;
  • płaszcz kąpielowy.

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Hotel czterogwiazdkowy:

  • powierzchnia mieszkalna pokoju 1-osobowego: 12m2, 2-osobowego: 16 m2
  • w części pobytowej klimatyzacja lub inne urządzenia i systemy zapewniające wymianę powietrza i utrzymanie temperatury latem poniżej 24°C, a zimą powyżej 20°C oraz wilgotność 45-60%;
  • zapewnienie sprzedaży gościom gorących napojów przez całą dobę;
  • sprzedaż lub udostępnianie prasy codziennej;
  • zmiana pościeli i ręczników codziennie lub na życzenie gości;
  • fotele wypoczynkowe, stolik;
  • minibar;
  • suszarka do włosów;

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Hotel trzygwiazdkowy:

  • powierzchnia mieszkalna pokoju 1-osobowego – 10 m2, 2- osobowego 14 m2;
  • obiekt poza zwartą zabudową miejską;
  • krzesło lub inny mebel do siedzenia (1 miejsce na osobę);
  • bezpośredni i łatwy dostęp do co najmniej jednego wolnego gniazdka elektrycznego przy miejscu pracy;
  • zestaw do czyszczenia odzieży;
  • woda butelkowana w ilości odpowiadającej liczbie osób w pokoju;
  • dywanik przy wannie;
  • recepcja czynna całą dobę;
  • radio, TV;

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Hotel dwugwiazdkowy:

  • powierzchnia mieszkalna pokoju 1-osobowego: 9 m2, 2- osobowego: 12 m2;
  • obiekt poza zwartą zabudową miejską;
  • wentylacja grawitacyjna lub mechaniczna;
  • radio;
  • ogrzewanie w całym obiekcie;
  • możliwość zamówienia budzenia;
  • bar lub bar kawowy;
  • możliwość podawania śniadań;

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Hotel jednogwiazdkowy:

  • powierzchnia mieszkalna pokoju 1-osobowego: 8 m2, 2-osobowego: 10 m2;
  • obiekt poza zwartą zabudową miejską;
  • wentylacja grawitacyjna lub mechaniczna;
  • zimna i ciepła woda przez całą dobę;
  • wanna (bez osłony);
  • dostęp do co najmniej jednego wolnego gniazdka elektrycznego;
  • winda powyżej 4-tej kondygnacji;
  • brak: radia, TV, telefonu,  ręcznika kąpielowego, suszarki do włosów.



Uwaga!

Jeżeli chcesz sprawdzić, czy dany obiekt nie oszukuje co do nazwy hotel, motel czy pensjonat oraz ilości przyznanych gwiazdek, sprawdź go w:

Centralnym Wykazie Obiektów Hotelarskich



Czy rejestracja znaku towarowego w Urzędzie Patentowym RP uprawnia do używania nazwy Hotel, Motel czy Pensjonat?

Jak widzisz “kreatywne słowotwórstwo” nie pomoże w obejściu prawa. Pytanie więc czy ratunkiem nie będzie tutaj zastrzeżenie nazwy hotel, motel czy pensjonat w Urzędzie Patentowym RP. W końcu ustawa Prawo własności przemysłowej mówi:

Art. 153. 1.

Przez uzyskanie prawa ochronnego nabywa się prawo wyłącznego używania znaku towarowego w sposób zarobkowy lub zawodowy na całym obszarze Rzeczypospolitej Polskiej.

Czy świadectwo rejestracji znaku uprawnia do używania słowa hotel?

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?Okazuje  się, że nie.

W tej sprawie w 2007 r. wypowiedział się Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który nałożył karę na hotel Gołębiewski w Wiśle.

Obiekt ten posługiwał się nazwą hotel oraz czterema gwiazdkami bez zezwolenia. Broniąc się, obiekt powoływał się na swój zarejestrowany znak towarowy.

Prezes UOKIK ustosunkował się to tego pisząc, że sam fakt rejestracji znaku nie daje uprawnienia do wykorzystywania go w obrocie gospodarczym.

Określenie “hotel”, oraz charakterystyczne gwiazdki podlegają ochronie w myśl ustawy o usługach turystycznych. A ten konkretny obiekt nie został jeszcze wtedy zaszeregowany.

 

Kary za nielegalne używanie nazwy Hotel, Motel czy Pensjonat.

Każdy, kto do oznaczania swojego obiektu hotelowego używa nazwy wprowadzającej w błąd, może podlegać karze, o czym wyraźnie mówi Kodeks Wykroczeń:

Art. 601 § 4.

Kto: […] pkt 2) świadcząc usługi hotelarskie używa nazw rodzajowych lub określenia kategorii obiektów hotelarskich bez decyzji lub niezgodnie z decyzją, […] – podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny.



Hotel Gołębiewski otrzymał karę pieniężną w wysokości 1000 zł. Ponoć obecnie wymierzane kary oscylują w granicach 2-3 tys. zł. Nie są to więc kwoty, które powalają na kolana. No i to może tłumaczyć, dlaczego po wpisaniu w wyszukiwarkę Google frazy „hotelik” wyskoczyło mi kilkanaście takich obiektów.

Kiedy można używać nazwy hotel, motel czy pensjonat?

Warto tutaj dodać, że przedsiębiorca, który do oznaczania swojego obiektu używa oznaczeń nawiązujących do chronionych prawem nazw, może zostać oskarżony o dokonywanie czynów nieuczciwej konkurencji.

Tak się stanie, jeżeli uda się wykazać, że osoby, które wybrały na nocleg HOTELIK dokonały tego w błędnym przekonaniu, że jest to hotel. W szczególności za czyn nieuczciwej konkurencji zostanie uznana reklama wprowadzająca klienta w błąd i mogąca przez to wpłynąć na jego decyzję co do nabycia takiej usługi.

Oznacza to, że taki „kreatywny przedsiębiorca” może działać na rynku do czasu, aż nie zwróci na siebie uwagi kontrolerów z UOKIK albo konkurencyjnych hoteli.

 

Wyjątek, kiedy możesz użyć chronionych prawem nazw.

Co ciekawe możesz posługiwać się nazwami hotel, motel czy pensjonat, jeżeli z kontekstu jednoznacznie wynika, że obiekty te nie są obiektami hotelarskimi. I przeszukując bazy Urzędu Patentowego RP znalazłem przykłady takich właśnie znaków towarowych.

1 – HOTEL DLA PALET (R-250703)

Przeznaczony do oznaczania m.in. usług składowania i magazynowania towarów.

2 – Hotel dla Twoich rzeczy (R-228705)

Służy do oznaczania usług dzierżawy nieruchomości i magazynowania towarów.

W obu przypadkach nie mamy do czynienia z usługami hotelarskimi, które z definicji odnoszą się do turystów lub odwiedzających.
 
Fot. 1 – Foter.com

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Zapraszam Cię do odsłuchania mojej rozmowy z Jordanem Ogorzelskim. Jordan jest właścicielem Calistenics Academy, czyli największej organizacji kalisteniki w Polsce. Od wielu lat jest on również czynnym sportowcem z międzynarodowymi sukcesami. Z Jordanem znamy się dobrze. Miałem okazję obserwować jego początki biznesowe i przeszkody jakie na przestrzeni lat pokonywał. To dzięki niemu pojechałem do Hongkongu.

Kibicowałem mu wtedy w zawodach, które zresztą wygrał 🙂

W naszej rozmowie tematyka jego drogi biznesowej zajmuje dużą część. Ja jednak chciałem, aby do tego wywiadu doszło z jeszcze jednego powodu. Jordan jest przykładem przedsiębiorcy, który skupił się na budowaniu biznesu, odsuwając, w bliżej nieokreśloną przyszłość, sprawę prawnej ochrony marki. Tymczasem, kiedy jego klub zaczął się świetnie rozwijać, osoba, z którą wcześniej współpracował podjęła próbę przejęcia marki Calisthenics Academy.

Dla wszystkich to był szok. Oznaczało to bowiem konieczność wejścia na drogę sądową. Na szczęście dzisiaj, tamte wydarzenia to już historia.

O ich szczegółach opowie Ci sam Jordan.

PS.: Oto pokaz jego umiejętności:

W tym odcinku usłyszysz:

  • Co zainspirowało Jordana do trenowania kalisteniki.
  • Jakie były początki Calisthenics Academy.
  • Jaką filozofią kieruje się w biznesie Jordan.
  • Dlaczego firmie potrzebny jest księgowy i prawnik.
  • O błędach, które popełnił jako przedsiębiorca.
  • Historię próby przejęcia jego marki.
  • O czasie i energii, którą musiał poświęcić na spór sadowy.
  • O tym co go ta historia nauczyła.

Artykuły, które uzupełnią wiedzę z podcastu:

 

Zostaw mi komentarz.

Jeżeli po przesłuchaniu podcastu nasunęły Ci się jakieś pytania, śmiało podziel się nimi w komentarzu. Chętnie na nie odpowiem. Napisz mi również, jeżeli chciałbyś, abym jakimś tematem zajął się w kolejnych odcinkach.

Pomóż mi w promocji tego podcastu.

Jeżeli uważasz, że dzielę się wartościową wiedzą, pomóż mi dotrzeć z podcastem do większego grona ludzi. Możesz link do niego podesłać swoim znajomym lub wrzucić na Facebooka. Będę wdzięczny, jeżeli zostawisz ocenę lub recenzję:

Oceń podcast „Prawna Ochrona Marki” <-


Dzięki temu mój podcast będzie w rankingach iTunes i słuchacze łatwiej na niego trafią.

Transkrypt podcastu:

Transkrypt podcastu Jak zbudować pionierski klub sportowy i prawie stracić prawa do marki w postaci pliku PDF.

Ze spisaną treścią rozmowy możesz się zapoznać również poniżej.

 

Witam Cię w dziewiątym odcinku mojego podcastu. Dziś będę rozmawiał z moim dobrym znajomym Jordanem Ogorzelskim, który jest właścicielem Calisthenics Academy, największej organizacji kalisteniki w Polsce. Pomimo młodego wieku Jordan jest utytułowanym sportowcem, jeżeli chodzi o zawody kalisteniki i tzw. street workoutu na świecie. Kawał świata już zwiedził.

Zajął 1. miejsce w eliminacjach do pucharu świata RPA w 2014 r. To pozwoliło mu zakwalifikować się do superfinału pucharu świata w Oslo, gdzie zajął świetne 10. miejsce. W kolejnym roku zdobył najpierw 2. miejsce w eliminacjach, które odbywały się wtedy w Dubaju, a później zwyciężył w Hongkongu. Kiedy ponownie wziął udział w superfinale pucharu świata, tym razem w Moskwie, otarł się o podium – zajął 5. miejsce. Jednym słowem, Jordan zbudował dużą firmę na swojej pasji. Zaprosiłem go do rozmowy nie tylko dlatego, że imponuje mi jego przedsiębiorczość – Jordan jest przykładem przedsiębiorcy, któremu konkurent w pewnym momencie próbował ukraść markę. Jak ta historia się skończyła, usłyszysz za chwilę bezpośrednio od niego.

Witam cię bardzo serdecznie, Jordanie. Cieszę się, że zgodziłeś się na wywiad.

Cześć, Mikołaj.

We wstępie powiedziałem, że odnosisz liczne sukcesy nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej. Cytuję również twoje słowa: że stworzyłeś największą organizację kalisteniki w Polsce. Przyznaj się teraz: ile osób aktualnie u ciebie ćwiczy?

Dokładnej liczby nie chcę podawać, ale mógłbym powiedzieć, że jest to liczba ok. 500 osób, która w chwili obecnej ciągle rośnie.

To są ogromne liczby. Ja wiem, czym jest kalistenika. Przyznam się też słuchaczom, że u Was ćwiczę. Ty doskonale wiesz, bo to jest Twoja pasja, ale powiedz słuchaczom, czym jest ten sport.

Żeby wytłumaczyć Wam jak najprościej: są to ćwiczenia ogólnorozwojowe, które zapewne wszyscy dobrze znacie, jak pompki, przysiady, brzuszki czy podciągnięcia w wielu najróżniejszych modyfikacjach.

Tylko jest trener, który ciśnie.

Oczywiście że tak, musi być 🙂

Czyli teoretycznie można to zrobić samemu, ale w praktyce chyba mało kto będzie systematycznie tak dobrze ćwiczył sam.

Jest na pewno trudniej.

Twój klub oficjalnie powstał w październiku 2012 r., czyli faktycznie niedawno świętowałeś czwarte urodziny. Powiedz mi, jak to się zaczęło, dlaczego w ogóle zacząłeś interesować się tym sportem?

Tak jak powiedziałeś, na ten sport natrafiłem w 2012 r. I w sumie to był przypadek, chociaż mówią, że takich nie ma. Pewnego dnia tata dał mi czasopismo, na którego okładce był prekursor tego sportu w USA, Hannibal For King. Kiedy je otrzymałem, oczywiście zaintrygowało mnie. W środku na cztery strony wywiad z nim. Potem włączyłem komputer, internet, przeczytałem kilka artykułów, obejrzałem kilkadziesiąt filmików na YouTubie. I w sumie tak to się zaczęło. Następnego dnia poinformowałem mojego znajomego i poszliśmy na boisko do naszej starej szkoły, aby rozpocząć pierwszy trening, podciągając się na starej bramce piłkarskiej.

Ja o tym człowieku już słyszałem, oczywiście też widziałem jego filmy, ale czy to nie jest tak, że on zainspirował nie tylko ciebie, ale w ogóle całą branżę, tworząc ten sport?

Myślę, że zdecydowanie można tak powiedzieć, na pewno nie jestem jedyny, który został zainspirowany przez niego, tak jak mówisz. Nie pamiętam, ile milionów wyświetleń mają jego filmiki, natomiast bardzo wielkie liczby świadczą o tym, że zainspirował więcej osób niż tylko mnie, więc w tym na pewno zgadzam się z tobą.

Ma tego świadomość?

Myślę, że tak.

Ile miałeś lat, jak zaczynałeś?

Były to wakacje po maturze, więc miałem 19 lat, kiedy rozpocząłem to wszystko.

To jest ważne w kontekście tego, gdzie jesteś teraz. Minęły cztery lata, masz 23 lata i klub, który ma ok. 500 członków. To robi wrażenie, powiem ci szczerze. My osobiście poznaliśmy się na jednym z twoich treningów, kiedy w ogóle zacząłeś to wszystko rozwijać, był wtedy grudzień 2012 r. Ciekawi mnie, czy pamiętasz, jakie miałeś wtedy cele, co chciałeś osiągnąć? Co miał w głowie człowiek, który był po maturze i rozkręcał biznes?

Nie wiem, czy można nazwać to rozkręcaniem biznesu, ale jeżeli tak o tym mówimy, to oczywiście tak to profesjonalnie nazwę. Natomiast śmieję się, bo jest to zabawne. Każdy z nas wie, jak z roku na rok zmieniają się jego myśli, jego cele, postrzeganie świata i przede wszystkim świadomość czegokolwiek. To samo działo się w moim przypadku, zwłaszcza że miałem aż 19 lat. Sprawa wyglądała następująco: samą Calisthenics Academy założyliśmy w trzy osoby. Kiedy podciągaliśmy się w trójkę na tej starej bramce piłkarskiej, to pewnego dnia porozmawialiśmy sobie i postanowiliśmy: „Zróbmy na tym biznes”. „No dobra, robimy”. I prawdę mówiąc, w tych dwóch zdaniach są nasze wszystkie cele, marzenia. To jest nasz cały biznesplan. Na tym się zaczęło, na tym się skończyło. Przez kolejnych kilka miesięcy nie było zupełnie nic.

Czyli nawet nie mogłeś przewidywać, co będzie później.

Po prostu podobało nam się to, co robimy. Chcieliśmy zrobić coś więcej, tak naprawdę nie wiedząc nawet co. Ale „co”, to już sprawa drugorzędna.

Później zaczęliście to bardzo dobrze rozwijać. Osób uczęszczających na treningi było coraz więcej. W którym momencie poczułeś, że tworzysz coś większego, że to już przestaje być zabawą młodych ludzi, a robi się prawdziwy biznes? A może były jakieś takie okresy przełomowe?

Ja zawsze powtarzam, że ciężko jest znaleźć jeden krytyczny punkt, bo w moim odczuciu zawsze są jakieś okresy przełomowe. Jednym z nich było to, jak własnoręcznie wybudowaliśmy za 300 zł drążek na naszym starym boisku szkolnym i tam zaczęliśmy się podciągać. Kolejnym punktem milowym było przejście do fitness klubu jednego ze współzałożycieli i tam rozpoczęcie treningów. Innym było wybudowanie największego ówczesnego w Polsce placu do kalisteniki. I tych punków jest dużo, dużo. Natomiast tym, który pamiętam najbardziej, który myślę, że naprawdę zmienił mi w głowie, oczywiście na plus, i dzięki któremu wszystko wkroczyło na znacznie poważniejsze tory, był mój udział po raz pierwszy z zawodach międzynarodowych. Były to mistrzostwa świata w 2014 r. w Moskwie. Jak to się mówi, „podróże kształcą”, a ta ukierunkowała mnie bardzo. Kiedy wróciłem, byłem zupełnie innym człowiekiem i myślę, że wtedy wszystko zaczęło się na poważnie.

Czyli zacząłeś z dwoma kolegami podciągać się na drążku. Tak to się rozwinęło, że w którymś momencie pojechałeś do Moskwy, RPA, Dubaju, razem byliśmy w Hongkongu – więc to jest wyjaśnienie, skąd mam te ciekawe nagrania z Hongkongu, kibicowałem Jordanowi i widziałem jego zwycięstwo. Uważam, że to jest pasmo samych sukcesów. Powiedz, kiedy ta sielanka się skończyła?

Był taki punkt kulminacyjny. Miał on miejsce we wrześniu 2013 r. Natomiast żebym mógł dokładnie wytłumaczyć, co dokładnie było tym punktem kulminacyjnym, muszę się cofnąć troszeczkę wstecz i pokrótce przybliżyć naszą historię. Oczywiście byliśmy młodymi chłopakami, którzy rozpoczęli działalność biznesową. Wtedy nie można było tego nazwać biznesem, ale coś w tym było. Robiliśmy coś więcej, bo zaczęły pojawiać się pieniądze, więcej obowiązków.

Na początku było nas trzech i wspólnie pracowaliśmy, ale w pewnym momencie przed tym wrześniem jeden ze współzałożycieli, zaczął się od nas odsuwać. I tak jak na początku było nas trzech, to w pewnym momencie już tylko dwóch. Byliśmy akurat wtedy w okresie budowy największego placu do kalisteniki w Polsce. To był nasz cel i marzenie, to, na czym nam najbardziej zależało. I udało nam się ten plac wybudować.

Natomiast to właśnie jest ten punkt kulminacyjny: budowa oraz otwarcie placu spowodowały takie sytuacje, które dzieją się w życiu, czyli kiedy jest największy sukces, często zdarzają się również największe problemy, może nie upadek, ale pstryczek w nos. I właśnie po tym otwarciu na całe miasto, na które przyszło bardzo wiele osób, następnego dnia przez cały tydzień i miesiąc przychodziło bardzo wiele nowych osób do naszego klubu. I wtedy pojawiły się problemy.

To był ten moment, kiedy otworzyliście plac i zaczęło chyba ze 100 osób u was ćwiczyć. Pojawiła się taka liczba, że właściciele tego klubu po prostu otworzyli oczy ze zdumienia, co się dzieje.

Tak. I co ja też zapamiętałem, to w momencie kiedy zaczęła u nas ćwiczyć tak duża liczba osób, to pojawiła się ze strony właścicieli tego klubu niska satysfakcja z zysków. Prawdopodobnie przez to zaczęły się te problemy. Z uwagi na chęć większych zysków błędnie podpisaliśmy na miejscu umowę, przez którą w tamtym czasie wkroczyliśmy w swoje pierwsze firmowe długi.

Idąc dalej, postanowili nas ze sobą skłócić, rozdzielić, odsunąć mnie od Adriana. Ostatecznie tak było, że Adrian nie miał do tego klubu wstępu i mogłem być w nim tylko ja. W momencie kiedy byłem sam, oczywiście właściciele poczuli, że jestem osłabiony, zaczęły się rozmowy. Jedna, druga, trzecia, czwarta. Rozmowy, podczas których próbowali mnie nakłonić do tego, że warto współpracować z nimi, a lepiej, żebym zostawił Adriana.

To był ciężki okres, bo była to pierwsza w życiu sytuacja, kiedy spotkałem się z takim natężeniem, naciskiem rozmów, które nie uchodziły płazem, zostawały w mojej głowie przez długi czas. Natomiast mimo to nie dałem się i postanowiliśmy razem z Adrianem opuścić tamto miejsce treningowe i znaleźć nowy lokal.

Nie było to łatwe, bo właścicielka robiła nam dość dużo pod górkę. Dlatego dłuższą chwilę zajęło nam znalezienie odpowiedniej sali treningowej, ale ostatecznie udało się to zrobić i zrezygnowaliśmy z ciepłego, pewnego miejsca, które przede wszystkim klubowicze znali.

Jak to było? Miesiąc, półtora minęło od momentu, kiedy otworzyliście plac, i koniec, to miejsce już spalone.

I prawdę mówiąc, mieliśmy ten plac tylko przez miesiąc, półtora. I tak to się skończyło. Przeszliśmy na salę gimnastyczną, na której nie było żadnego sprzętu. Musieliśmy zacząć sobie radzić w zupełnie nowej i odmiennej sytuacji.

Ja towarzyszyłem temu, byłem tam, pomagałem wam, na ile było to możliwe. Więc doskonale to wszystko pamiętam. Wszyscy klubowicze się zjednoczyli wokół was. Nikt tam nie został. Wszyscy powiedzieli, że idą za wami. Tak więc było ogromne wsparcie i poczucie, że budujemy coś swojego, coś, co ktoś chce nam odebrać.

Natomiast ta historia miała swoje dalsze reperkusje, ponieważ, jak pamiętasz na pewno dobrze, ja do was zadzwoniłem w nowym roku i zamiast składać życzenia, przekazałem bardzo złe informacje. Otóż dopiero wtedy w rejestrach Urzędu Patentowego pojawiła się informacja, że właścicielka tego klubu, zgłosiła wasz znak towarowy, wasze logo do Urzędu Patentowego. Wytłumaczę, dlaczego od września, kiedy pojawił się ten konflikt, do stycznia nie było tego widać. W tamtym stanie prawnym Urząd Patentowy publikował te informacje dopiero po trzech miesiącach. Ta informacja się pojawiła chyba dokładnie 26 albo 28 grudnia, a my od razu to wyłapaliśmy. I było: „Słuchajcie, chłopaki, to, że zmieniliście miejsce ćwiczeń, to nie wszystko, będziemy tutaj musieli bić się o znak towarowy”. I jak popatrzyłem sobie na tę datę, to to było wszystko pięknie zaplanowane, ponieważ ta cała akcja z wyrzuceniem Adriana z klubu miała miejsce 8 albo 9 września, natomiast z dokumentów, które udostępnia Urząd Patentowy, widać, że zgłoszenie miało miejsce 5 września. Plac był otwarty w ogóle 1 września. Więc otworzyli, zobaczyli, ile ludzi przyszło, jaki to ma ogromny potencjał, ile wy w to zainwestowaliście, tak naprawdę również emocji, po czym, kiedy była zgoda, sami zgłosili znak towarowy. Trzy dni później wyrzucili Adriana. Próbowali cię tutaj jakoś do siebie przyciągnąć, to się nie udało. I byliśmy w takiej sytuacji, że jeżeli dostaną ochronę, to mogą zakazać wam posługiwania się waszym logo, które wtedy już po ponad roku było naprawdę bardzo dobrze rozpoznawalne. I nad nami zaczęło wisieć widmo sporu. Pamiętasz, że jak na początku była was jeszcze trójka, to wam mówiłem: „Słuchajcie, logo jest świetne, biznes się rozwija, rejestrujcie ten znak towarowy”.

Doskonale ten moment pamiętam, bo wydaje mi się – chociaż pewny nigdy nie będę – że ten moment był kluczowy. Jak jeszcze siedzieliśmy wtedy w czwórkę na sali, właśnie z tobą, Mikołaj, to przedstawiałeś nam zalety zarejestrowania znaku. I co? I jak się potem okazało, kiedy zakończyliśmy współpracę i on przestał z nami działać, to zapamiętał tę informację, przekazał rodzicom, co z kolei spowodowało, że o dwa tygodnie szybciej niż my zarejestrowali ten znak, zgłosili go do ochrony.

Była taka sytuacja, że zadzwoniliście, co się dzieje. Po prostu wierzyć mi się nie chciało. I mówicie: „Słuchaj, szybko zgłaszamy ten znak”, i zgłosiliśmy, natomiast… …

było już za późno w pewnym sensie.

Wyprzedził was. Jeżeli możesz cofnąć się do początku 2014 r., to czy brałeś pod uwagę to, że ja ci powiedziałem, że jeżeli tego sporu nie wygramy, bo taki się przed sądem szykował, to będziecie musieli zmienić waszą markę, odejść od niej?

Oczywiście, że takie myśli przechodziły mi przez myśl, bo jeżeli to są fakty, to z nimi się nie dyskutuje. Natomiast oprócz tego, że przechodziło mi to przez myśl, to nic więcej się z tym nie działo. Nie dopuszczałem do siebie takiej myśli. Byłem w tamtym czasie przekonany, że bez względu na postępowanie sądowe i pozew, który będziemy zmuszeni wytoczyć – o czym prawdopodobnie za chwilę powiesz – to i tak ten znak, to logo ostatecznie będzie naszą własnością z prostego powodu, że byłem współautorem tego znaku, a to jest bardzo ważne.

Właśnie, bo to jest taka kwestia, o której będę mówił, że nie można zarejestrować znaku towarowego, który narusza w świetle prawa prawa osób trzecich, w tym przypadku prawa autorskie. Tak więc ta osoba, która zgłosiła ten znak towarowy, tak naprawdę zgłosiła logo, które jest utworem, a do którego nie ma praw. Więc pozostała kwestia tego, kto jest autorem tego logo. Mówisz tutaj, że razem z Adrianem jesteście współautorami. Wiem, że ty fizycznie tam rysowałeś, on się z tobą konsultował, jak to wszystko popoprawiać, i te wszystkie dowody, które wtedy były, znajdowały się na twoim komputerze. Natomiast problem z prawami autorskimi – o czym ja bardzo często mówię na swoim blogu – jest taki, że tego się nigdzie nie rejestruje. Stworzyłeś, wydrukowałeś, wysłałeś mailem czy na Facebooku do wszystkich znajomych z jakąś prośbą o opinię. Natomiast nigdzie nie ma fizycznie takiego śladu, że to ty razem z Adrianem stworzyliście to logo. Więc dopiero musieliście wnieść pozew do sądu m.in. o ustalenie, kto jest autorem. W kontekście tego, że dopiero mając potwierdzenie, kto jest twórcą, możecie działać w Urzędzie Patentowym, próbować np. albo sprzeciwić się do rejestracji znaku, albo unieważnić. Ja też pomagałem na każdym etapie. Bardzo się identyfikowałem z tym, co robicie. I pamiętasz, jak zbieraliśmy te wszystkie dowody, których nie było dużo. Nie było takich dowodów przekonujących. Wy wiecie, że macie rację, ale co z tego, jeżeli ja nie dostanę dowodów, to po prostu nie wykażę, że jesteście twórcami. Opowiedz historię z informatykiem śledczym.

Faktycznie, tych dowodów nie było za wiele, albo może nawet i było ich dość dużo, ale nie były one dowodami, które wskazują na 100% pewności, że to właśnie my jesteśmy autorami. Było wiele grafik, wiele rysunków. Ale co się okazało: poszliśmy do informatyka śledczego. Przed rozprawą miał on komputer z moim dyskiem, gdzie znajdowały się te wszystkie dane, dokumenty, wszystkie pliki robocze. Po co? Po to, żeby potwierdzić, że to właśnie na tym komputerze, tego dnia, to właśnie u mnie, na moim programie, w tej dacie, że to było zrobione. I co się okazało? Znalazł te pliki. Te pliki oczywiście były, ale jak to pech chciał, okazało się, że zapisałem pliki w tym formacie, w którym nie da się ustalić daty wytworzenia pliku, i tego dowodu nie można uznać jako pewniak. No wyobrażacie to sobie? Masakra.

On chyba potwierdził, że jest 100 formatów, a ty, człowieku, wybrałeś ten, który nie zapisuje daty.

A ja wybrałem akurat ten, w którym nie można jawnie, jasno ustalić daty. Masakra jakaś. Natomiast osiem stówek poszło. Cóż, życie. Uczymy się na błędach.

Byłoby idealnie, gdyby taki dowód pojawił się z datą pewną, ten informatyk byłby w stanie to wyciągnąć, aczkolwiek w tym momencie powiedział, że nie da się tego przeskoczyć. Więc musieliśmy sobie radzić w inny sposób. Powołaliśmy szereg świadków, dowody jakieś z internetu, bo to, że ty stworzyłeś, miałeś to na dysku, to jedno, ale zacząłeś tak naprawdę do wszystkich to rozsyłać. Więc to już był jakiś ślad tego, że to z twojej strony te pliki z pierwszą datą zaczęły wychodzić. Powiedz mi, ile ten spór trwał? To był rok?

To był cały 2014 r. Na początku oczywiście zebranie dowodów, zrozumienie sprawy, zebranie świadków, przygotowanie plików, jedna, druga, trzecia rozprawa, zeznania. To nie jest jakiś wielki problem, prawdę mówiąc, mały, ale mimo niezbyt wielkiego problemu postępowanie trwało rok czasu, pieniędzy, a przede wszystkim, co najgorsze, rok energii, która mimowolnie i tak była skierowana na tę sprawę, na to logo, na tę rozprawę. I mimo że człowiek chciał się zająć rozwojem, to zawsze gdzieś z tyłu głowy była ta myśl, że nie do końca można, bo coś tam ciągle ciąży. Nie chcę mówić, że to był rok w plecy, ale na pewno ten rok można było wykorzystać znacznie lepiej.

Sporo energii nam to wyciągnęło, bo zamiast skupiać się w 100% na rozwoju firmy, tak naprawdę gdzieś z tyłu było: a co się stanie, jak nie wygramy? Więc bardzo niekomfortowa sytuacja.

Zdecydowanie czułem się niekomfortowo i to jest trafne określenie, bo jak wspominaliśmy, brakowało tego spokoju, który by pozwalał na dalsze działanie i rozwój. Nie liczę oprócz tego emocji prywatnych, osobistych. Bo tak jak mówiłem, z tamtą rodziną znaliśmy się wiele lat, a mimo to rozprawa skończyła się w sądzie. Więc to inna kwestia. Natomiast ona też jest ważna i wpływa na mnie, na człowieka, a co za tym idzie – na moje myśli, uczucia i dalszą możność bądź niemożność pracy nad firmą.

Jak to się wszystko skończyło?

Oponenci do samego końca upierali się przy swoim. I pamiętam, że to była ostatnia rozprawa, na której ja składałem swoje zeznania. I kiedy je złożyłem, było to dość miażdżące, powiem nieskromnie. Dlatego w tamtym momencie zaproponowali nam ugodę.

Chyba pięć osób było przesłuchiwanych, tych dowodów się tyle zebrało, że jednak świadczyły na waszą rzecz, choć nie było tego idealnego, który by przeważył. Jakbyś stworzył logo, poszedł do notariusza, oświadczenie, że jesteś twórcą, i do szuflady – toby było idealnie. Ale kto normalny to robi?

Tamte dowody, świadkowie, których było pięciu albo sześciu, wszystkie pliki, które przygotowaliśmy, to miało ogromne znaczenie, bo jak to się mówi, „grosz do grosza”. Zapytałeś, jak to się zakończyło. Więc na tej ostatniej rozprawie, na której to wszystko się sfinalizowało, poprosili nas o ugodę. My ją przyjęliśmy. Uznali nas w niej za twórców, stwierdzili, że wycofają to swoje zgłoszenie.

Tak naprawdę osiągnęliście wszystko, co chcieliście. Bo jak ich znak towarowy, który był zgłoszony, został wycofany, to tak naprawdę jedyna przeszkoda do rejestracji została usunięta. I kamień z serca spadł?

Zdecydowanie kamień z serca spadł. Nie da się ukryć.

Wcześniej mówiłeś, jak rozmawialiśmy, że poczułeś się silny. Ile wtedy miałeś lat? 20? Młody chłopak.

Około 20–21 lat.

I wygrałeś z biznesmenami, bo oni byli bardzo doświadczeni.

Zarówno ja, jak i Adrian byliśmy dużo młodsi, mniej doświadczeni, mieliśmy mniej środków. Ogólnie wychodziliśmy ze słabszej pozycji. Obiektywnie byliśmy pod wieloma względami słabsi, natomiast tak czy siak wyszło na nasze. I może nie od razu, nie po chwili, nie w tamtym momencie, kiedy ta ulga przyszła, bo wtedy tylko człowiek skupiał się na tym, że fajnie, że już tego nie ma. Natomiast później zdałem sobie sprawę, że poczułem się silny, bo mimo przeszkód, które były, trudów i oponenta, który po drugiej stronie miał więcej możliwości, siły i doświadczenia, to i tak my, młodzi chłopacy, postawiliśmy na swoim. I to naprawdę buduje, ale z drugiej strony też pokazuje, że trzeba walczyć o swoje. I też zbudowało mnie to, że cieszę się dzisiaj, że miałem jaja, żeby stanąć w sądzie, walczyć o swoje, uprzeć się i ostatecznie wygrać to, co inne osoby chciały mi odebrać.

Wiesz, że tego sporu mogło nie być?

Wiem. „Mikołaj, kiedy? Tak jest”.

Ja zawsze powtarzam słowa mojego dziadka, że doświadczenia uczą, że nieszczęścia zdarzają się innym, więc mnie to nigdy nie spotka. Zresztą cała ta nasza rozmowa jest po to, żeby pokazać realny przykład osoby, której się udało. Ale gdybyś nie miał tych dowodów, to choć miałbyś rację, to…

Liczy się pierwszeństwo zgłoszenia i nic bym z tym nie zrobił.

Byłoby szalenie trudno to zrobić. I może to tak filmowo jest, że mam rację, to wygram. Tak, ale jeszcze musisz mieć dowody na to, że masz rację. Spór się zakończył. Powiedz, co się od tego czasu zmieniło? To był koniec 2014 r.

To była mniej więcej końcówka 2014 r. I spór zakończył się, był trudny, był to ciężki okres, ale to, co trudne, uczy nas najwięcej. I na pewno z tego się wyciąga wnioski. To jest jedna sprawa, ale druga jest taka, że jak jest problem, to nam ciąży. Kiedy on się kończy, wtedy zyskujemy spokój i możemy się skupić na tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Tak jak to było w przypadku Calisthenics Academy. Był to okres, kiedy rozpoczęły się wyjazdy na moje zawody międzynarodowe. Więc zaczęły się podróże po świecie. Już przestaliśmy wynajmować salę w gimnazjum, gdzie płatność była za godzinę i przez cały rok musieliśmy przed treningiem składać sprzęt do treningu, przeprowadzać trening, po treningu ten sprzęt rozkładać. Postanowiliśmy wynająć swoją salę, która ma powierzchnię 300 m2. Chwilę później wynajęliśmy drugą również na własność, która ma powierzchnię 600 m2. Zakończenie tego sporu, zostawienie go za sobą, połączenie tego z tym, co już mówiłem, że podróże kształcą, dało naprawdę spokój i szersze spojrzenie na rzeczywistość, która dała dość dużego kopa do rozwoju, czego efektami chociażby są dwa wcześniej wymienione lokale.

Jak wcześniej rozmawialiśmy, ty powiedziałeś o tym, że wyjazd za granicę, poznanie tam nowych ludzi, jak oni robią biznesy, sprawiło, że twoje horyzonty się poszerzyły. Minęło pół roku i mieliście łącznie 900 m2 sali treningowej.

Ja uważam osobiście to za coś naprawdę wspaniałego. Do tego podróżowanie, nawet nie chodzi o to, żeby teraz wylecieć do Australii na dwa tygodnie. Warto odciąć się od tego, co się robi tutaj, teraz, dzisiaj, gdzieś pojechać, polecieć. I na to, co robisz teraz, nie patrzeć z perspektywy siedzenia w fotelu, tylko z dalszej perspektywy. Spojrzeć szerzej. Poszerzyć swój horyzont, zobaczyć inaczej. Zrozumieć, jak myślą, jak działają, co robią inni ludzie, i wtedy naprawdę nasza rzeczywistość, a co za tym idzie – przyszłość, rysuje się zupełnie inaczej. Zaczynamy zmieniać swoje myślenie. To jest świetne, na tym to polega. Tylko i wyłącznie tak możemy się rozwijać.

Ja bym powiedział, że to jest takie poszerzenie horyzontów. Ty się cieszysz, że masz salę na godzinę, a ktoś jakieś ogromne kluby robi i rozmawiasz z nim, to po prostu widzisz, że może byłeś gdzieś tam ograniczony, tak bym to określił.

Zdecydowanie jest to poszerzanie horyzontów. Lepiej bym tego nie nazwał.

Ja ciebie uważam za bardzo doświadczonego przedsiębiorcę. Co prawda to tylko cztery lata, ale obserwując waszą pracę, widziałem, że doświadczyliście bardzo wielu dobrych i złych rzeczy. I gdybyś mógł powiedzieć: jakie błędy popełniłeś przez te cztery lata i co byś zmienił?

Pierwszym, oczywiście najbardziej jaskrawym przykładem, o którym już wcześniej mówiliśmy, jest zbyt późne zastrzeżenie naszego znaku towarowego, naszego logo. Bo gdybyśmy zrobili to szybciej, to nie dopuścilibyśmy do sytuacji, w której prawa własności tego znaku mogą być zagrożone. Ostatecznie na szczęście udało mi się go zachować. Ale co by było, gdyby…? Mogłem go nie mieć, gdyby nie było dowodów. Gdybyśmy zrobili to szybciej, problem by nie istniał. Więc to jest wstęp do punktu, który – moim zdaniem – jest jednym z dwóch bardzo ważnych w prowadzeniu działalności gospodarczej wszelkiego rodzaju: przedsiębiorcy powinni mieć abonament u prawnika i u księgowej. To jest dowcip, ale jest w nim ziarnko prawdy. Tutaj tego ziarnka nie ma, tylko jest tona prawdy, bo na tym to dokładnie polega. Prawo, księgowość to są dziedziny biznesu, które są szalenie potrzebne, które nie każdy przedsiębiorca samodzielnie musi rozumieć. Bo właśnie od tego jest prawnik i księgowa. Bo nie można być specjalistą we wszystkim, ale warto się spytać specjalistów. Jeżeli sam czegoś nie wiesz, to pytaj się specjalistów, bo od tego oni są i na pewno ci pomogą, a jeżeli ci pomogą, to mogą cię zabezpieczyć. Chociażby na przykładzie naszej swego czasu umowy, którą podpisaliśmy od razu, ot tak, którą czuliśmy, że jest zła, a nasz brak doświadczenia, asertywności nie pozwolił nam powiedzieć: „Nie, zaczekamy”, tylko ją podpisaliśmy. Dlaczego nie spytaliśmy się prawnika? Dlaczego nie zadzwoniłem do Mikołaja, żeby zapytać się go w tamtym momencie? Dlaczego nie zapytałem: „Mikołaj, co mam zrobić?”.

Ale dodam: po tej historii już zawsze się pytałeś.

Człowiek uczy się na błędach.

Trochę cię to kosztowało. Ja też uważam, że wiele rzeczy można zrobić samemu, ale w momencie kiedy w grę wchodzą jakieś takie większe pieniądze…

I duże zobowiązania.

Porada prawna może kosztować ok. 200 zł, analiza jakiejś umowy – może trochę więcej.

A jaka to może być oszczędność. To mogą być tysiące złotych.

Tak jak to było u nas.

Oczywiście, tak jak to Mikołaj powiedział, pewne rzeczy można zrobić samodzielnie. Natomiast trzeba zdać sobie sprawę, że jeżeli robię to samodzielnie, to w razie jak coś mi się nie uda, jakie konsekwencje mogę ponieść. Prawie żadne. OK, mogę sobie spróbować, ale jeżeli to zrobię samodzielnie i mi się nie uda, to konsekwencje będą kolosalne. To nie rób tego sam. Zapytaj się specjalisty, bo to jest dużo mądrzejsze, a przede wszystkim – bezpieczniejsze. Więc to jest ten aspekt tych błędów, tych spostrzeżeń, na które na pewno chciałbym zwrócić uwagę. Pytać się specjalistów, z naciskiem na prawników i księgowych, bo to jest szalenie ważne.

A druga rzecz – zaufanie. Wszyscy chcemy, żeby ktoś mógł nam zaufać, żebyśmy my mogli zaufać komuś. I zaufanie to rzecz wspaniała, tak samo przyjaźń. Natomiast trzeba wiedzieć, że nie na tym to polega. Można sobie ufać. Mogę ufać Mikołajowi, Mikołaj mnie, ale mimo to mamy taką umowę, że Mikołaj będzie bezpieczny i ja też, bez względu na wszelkiego rodzaju konsekwencje. I tego powinniśmy się trzymać. Bo miałem wiele takich sytuacji przez ostatnie cztery lata, kiedy zaufałem komuś, osobie, która – wydawało mi się – jest odpowiednia, a która potem mnie zawiodła. I właśnie przez to, że bazowałem na zaufaniu, sugerując się małym doświadczeniem, wydawało mi się, że to tak powinno działać. Wiele na tym straciłem, wiele problemów to spowodowało. Dlatego ufajmy sobie, bo to buduje, to pomaga, ale oprócz zaufania wszystkie aspekty prawne powinny być dopięte na ostatni guzik, to jest najważniejsze.

Czyli współpracujesz z kimś i podpisujesz jakąś umowę współpracy. To musi być spisane, ewentualnie też zabezpieczacie się w jakikolwiek sposób. Ja zawsze mówię, że umowy są na czas wojny. Czyli my współpracujemy, mamy jakieś plany biznesowe…

To wtedy jest zaufanie.

I co będzie, jak się nie uda?

Wtedy jest umowa.

Tak. Ja jeszcze pamiętam taki cytat, gdzie ktoś powiedział, że jeżeli chodzi o duże pieniądze, to uczucia rodzinne stygną szybciej niż ciało zmarłego. Więc była współpraca z tamtym klubem sportowym, z tymi ludźmi, ale w momencie kiedy pojawiły się jakieś realne pieniądze, kiedy nagle przez klub zaczęło przewijać się 100 osób, to co ich to obchodzi, że znacie się od kilku lat, że miałeś kontakt z ich synem, jeżeli w grę wchodzą pieniądze. Nie było tu żadnych skrupułów, żeby próbować powalczyć.

Jest to przykre, ale prawdziwe.

Mam dla ciebie ostatnie dwa pytania. Ponieważ ja strasznie żałuję, że nie spisywałem sobie tak rzetelnie planów, celów na nowy rok – one co prawda gdzieś tam w głowie były, mniej więcej udawało mi się je osiągać, wiadomo, że większości raczej nie – to chciałem się ciebie zapytać, czy te cele gdzieś tam sobie spisujesz?

Wspomniałeś również, że kiedy zaczynałeś i był grudzień 2012 r., byłeś po maturze i powiedziałeś: „Fajnie, zróbmy biznes”, to od tego czasu minęły cztery lata. Ja chcę zadać ci pytanie: gdzie widzisz siebie za pięć lat?

Zawsze to jest trudne pytanie, natomiast zastanawiałem się nad tym jakiś czas temu. I oczywiście, będzie zabawnie, jak za pięć lat to odsłucham, bo wiele rzeczy się zmienia. Natomiast planując sobie, jak to będzie wyglądało za pięć lat, to moim planem jest przede wszystkim Calisthenics Academy w każdym większym mieście w Polsce. Co dalej? Na pewno wszystko skupia się wokół tego, czyli rozwinięcie sieci i stanie się pionierem na rynku sportowym w branży fitness w Polsce. To jest plan na za pięć lat.

Wspomniałeś też, że spisujesz, podsumowujesz rok, masz cele, czyli to, co ja chcę robić, ale nie robię.
Spisuję sobie cele, wyznaczam je na dany okres, czyli np. na rok, dzielę to na kilka dziedzin. Czyli cele biznesowe, prywatne, regeneracyjne, wypoczynkowe, jakiekolwiek edukacyjne oraz oprócz tego kilka innych. Na samym początku tego roku wyznaczyłem sobie również cele na 2020 r., dlatego też mniej więcej wiedziałem, co chcę powiedzieć, ale oprócz tego mam taką tradycję, że w okresie świąteczno-sylwestrowym siadam sobie jednego dnia i analizuję cały miniony rok, analizuję wszystko, co robiłem dobrze i źle, plusy i minusy, to, co się stało pozytywnego oraz negatywnego, jeżeli chodzi o moje życie zarówno prywatne, jak i zawodowe, czyli oczywiście firmę. To jest naprawdę ciekawa nauka. Oczywiście minusów zawsze jest o niebo więcej, ich lista rośnie w nieskończoność, a tych plusów już nawet nie da się wymyślić, ale tak to już jest.

Oby minusów było jak najmniej. Ja ci kibicuję. Jak będę mógł, to zawsze będę tobie pomagał. Fantastycznie się ciebie ogląda. Zresztą rozmawialiśmy wiele razy o tym, wzajemnie się motywujemy, nakręcamy do działania. Ja lubię otaczać się przedsiębiorcami. Nawet nie chodzi o to, że ja z tobą rozmawiam jako z osobą, która miała jakiś problem prawny, który udało nam się rozwiązać, ale mnie zawsze fascynuje po prostu przedsiębiorczość. Wykonuję taki zawód, gdzie mam styczność z przedsiębiorcami, i to tymi bardziej kreatywnymi, którzy rozkręcają swoje biznesy, więc takie rozmowy są po prostu niesamowite. Pomyślałem, że skoro my i tak o tym rozmawialiśmy, to dlaczego by nie nagrać podcastu, aby nasi słuchacze mogli to usłyszeć, bo to jest szalenie wartościowa wiedza. Być może będziesz bardzo inspirującym przykładem dla tych osób.

Mam nadzieję, że w jakikolwiek sposób, chociaż minimalnie, będę mógł pomóc.

Bardzo dziękuję ci, że poświęciłeś czas. Myślę, że rozmowa wyszła rewelacyjnie. Życzę ci powodzenia.

Dziękuję bardzo.

<< Poprzedni odcinek

 

Podobał Ci się ten podcast?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych odcinkach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”