Slider

Czas abym dołączył do szerokiego grona blogerów robiących podsumowania minionego roku. Dobrze jest spojrzeć na to czego się dokonało (lub nie) w ostatnich 12 miesiącach. Przy tej okazji, jak co roku, publikuję listę najpopularniejszych artykułów. Z poprzednimi możesz zapoznać się tutaj:



Na początku 2017 r. postanowiłem sobie, że zabiorę się za tematy, które notorycznie odkładałem na później. Chodziło o zagadnienia, które wymagały ode mnie większego wysiłku niż zwykle. Wiedziałem, że czekać mnie będzie siedzenie z nosem w książkach i orzecznictwie. Na pewno sam doświadczasz tego, że chętniej zabierasz się za zadania łatwe, proste i przyjemne. Trudne odsuwamy w bliżej nieokreśloną przyszłość.

Brian Tracy porównywał takie zadania do żab, które musisz zjeść 🙂

Największy sukces 2017 roku?

Napisałem 52 artykuły. Ich pełną listę znajdziesz tutaj.

Zdecydowana większość to takie żaby, które czekały latami aż się za nie zabiorę.

Chodziło m.in. o artykuły dotyczące:

  • używania w reklamach AdWords cudzych znaków towarowych;
  • firmy, oznaczenia przedsiębiorstwa, znaków niezarejestrowanych;
  • tego jak chronić nazwę firmy lub jak ją zmienić;
  • tego kto może używać nazwy hotel, apteka, klinika, poczta, bank;
  • ochrony software’u patentem bądź prawem autorskim;
  • tego jak chronić pomysł na biznes.

Przytłaczająca większość z planowanych artykułów ujrzała światło dzienne. Dla mnie to duży sukces, bo wymagało to systematycznej pracy przez cały rok. W sumie to nawet miło sam siebie zaskoczyłem. Sporo tego wyszło 🙂

Kiedy już do artykułu przysiadałem, to rozkładałem go na łopatki.

W ogóle zauważyłem, że z biegiem lat moje wpisy robią się obszerniejsze i dokładniejsze.

Oczywiście ma to swoją cenę – czas.

Napisanie dobrego, wyczerpującego artykułu zajmuje mi więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej. Tylko, że z tego są same zyski. Raz, że rewelacyjnie mnie to rozwija, a dwa, że Google lubi dobre jakościowo treści. Wiele z zeszłorocznych artykułów jest obecnie w top 3. To naturalnie przekłada się na wzrost popularności bloga.

Względem zeszłego roku zanotowałem o 30% więcej odwiedzin.

Największa porażka 2017 roku?

Tworzę treści w 3 formatach:

  • artykuły;
  • nagrania wideo;
  • podcasty.

Pierwsze dwa są najbardziej wymagające i zeżarły mi masę czasu.

To wszystko odbiło się na podcastach. W zeszłym roku ukazało się ich ledwie 4. To niestety moja porażka. Optymistycznie zakładałem, że przynajmniej 2 razy w miesiącu będę w stanie coś przygotować. Myliłem się.

Tutaj jestem ofiarą swojego perfekcjonizmu.

Nie potrafię opublikować czegoś niedopracowanego. Choć mógłbym w sumie z marszu usiąść przed mikrofonem, to robię to tylko wtedy, kiedy jestem przygotowany. Kiedy siadam do nagrań muszę mieć gotową listę tematów, o których chcę mówić. W ramach przygotowań szukam ciekawych przykładów oraz sporów. To z kolei wymaga czasu i koło się zamyka.

Większość mojego czasu pochłaniają mi obowiązki w kancelarii. Z zazdrością patrzę na Michała Szafrańskiego, który rzucił pracę, by skupić się tylko na rozwoju swojego bloga. Ja nie mogę sobie na to pozwolić, a nawet nie chcę. Pracując w zawodzie wiem co przedsiębiorców boli i o tym piszę. Gdybym opierał się tylko na książkach, byłbym nieco oderwany od rzeczywistości.

W nowym roku wyzwaniem będzie lepsza organizacja czasu.

 

Nie przeciągając, oto lista najpopularniejszych artykułów 2017 roku:

 

– 1 –
Czy można używać znaku towarowego konkurenta w reklamie Google AdWords?

Orzeczenie Trybunały Sprawiedliwości w tej sprawie jest napisane wyjątkowo trudnym językiem. To nie była przyjemna lektura. Mimo wszystko dałem radę wyjaśnić wszystko tak, że wnioski są dla każdego zrozumiałe.

Ten temat wraca do mnie jak bumerang. O możliwość zablokowania konkurencji pytają firmy, którym zarejestrowaliśmy znaki towarowe oraz podmioty, które taką reklamę chcą prowadzić legalnie.

czytaj więcej >>


– 2 –
Firma, oznaczenie przedsiębiorstwa i znak towarowy.

W języku potocznym takie pojęcia jak nazwa firmy czy znak towarowy są używane zamiennie. Postanowiłem więc w jednym wpisie zestawić je ze sobą i wskazać ich definicję, przeznaczenie oraz zasady uzyskiwania na nie ochrony.

Ten artykuł powstał również po to abym mógł go podesłać każdemu, kto obrusza się, że na blogu używam określenia “firma” w znaczeniu potocznym. Robię to świadomie, aby każdy nieprawnik łatwiej zrozumiał to o czym piszę.

czytaj więcej >>


– 3 –
Niezarejestrowany znak towarowy też podlega ochronie.

Rzeczywistość biznesowa w Polsce jest taka, że nadal wiele firm nie chroni swoich znaków towarowych. Prawo do tego nikogo nie zmusza. Poza tym taka rejestracja kosztuje. Czy to oznacza, że znak niezarejestrowany nie korzysta z żadnej ochrony? Absolutnie nie. Problem w tym, że poziom tej ochrony zależy od wielu czynników, które w sądzie należy wykazać. Z tego powodu takie postępowanie jest dużo trudniejsze.

czytaj więcej >>


– 4 –
Dlaczego unieważniono znak towarowy słynnej szachownicy Louis Vuitton?

Zaskoczyła mnie popularność tego artykułu. Tym bardziej, że wcześniej wiele portali o tej sprawie pisało. Być może zyskałem tym, że wgłębiłem się w szczegóły. Przykładowo opisałem dowody sprzed ponad 500 lat przedłożone na rozprawie. Sam spór zakończył się zaskakująco. Choć znak towarowy został unieważniony… to nadal jest w mocy.

czytaj więcej >>


– 5 –
Rejestr Polskich Znaków Towarowych. Uważaj na naciągaczy!

Niestety w zestawieniu pojawił się artykuł o kolejnym już rejestrze, który naciąga firmy. Proceder polega na tym, że przedsiębiorca po złożeniu wniosku o rejestrację znaku towarowego błyskawicznie dostaje pismo z ww. rejestru. W treści może przeczytać, że po uiszczeniu wskazanej opłaty, jego znak zostanie u nich opublikowany.

Przedsiębiorca, który uzna to za pismo z Urzędu Patentowego, wpłaci pieniądze prywatnej firmie.

O tym, że rozpoczyna się kolejna fala pism od naciągaczy widzę ze statystyk bloga. Ludzie otrzymując pisma z wezwaniem do zapłaty automatycznie sprawdzali informacje o tym rejestrze w internecie. I tak trafiali na mój blog.

czytaj więcej >>


– 6 –
Prawa autorskie do programu komputerowego.

W drugiej połowie roku zabrałem się w końcu za trudną i budzącą skrajne emocje tematykę patentowania software’u. Co do zasady czystego programu komputerowego opatentować się nie da. Software chroniony jest za to prawem autorskim. Tylko pojawia się pytanie – co właściwie podlega ochronie? Programy komputerowe mają przecież wiele elementów wspólnych. Znów przysiadłem do tego tematu i wnioskami podzieliłem się w obszernym wpisie.

czytaj więcej >>


– 7 –
Jak zmienić nazwę firmy?

Moje doświadczenia są takie, że większość przedsiębiorców narusza znaki towarowe nieświadomie. Mało kto na etapie wybierania marki dla swojej firmy analizuje bazy Urzędu Patentowego. Efektem tego jest to, że po kilku latach firmy siłą są zmuszane do zmiany nazwy, pod którą działają. W artykule wskazuję krok po kroku jak można to zrobić.

czytaj więcej >>


– 8 –
7 powodów dlaczego lepiej zastrzec słowny znak towarowy.

Temat wiecznie żywy. Co lepiej chronić, nazwę czy logo? Niech Cię nie zmyli tytuł tego artykułu. Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Każda z tych form ochrony ma swoje plusy i minusy. Jeżeli chcesz czuć się bezpiecznie, zgłoś do ochrony obie wersje. Idealnie uzupełniają swoje braki. To jednak wiąże się z koniecznością poniesienia podwójnych opłat. Jeżeli już musisz się na coś zdecydować, to ten artykuł pokazuje argumenty za zgłoszeniem znaku słownego.

czytaj więcej >>


– 9 –
Kim są trolle od znaków towarowych?

O trollach patentowych w mediach mówi się wiele. Tylko, że obok nich działają również trolle od znaków towarowych. To firmy lub osoby fizyczne, które rejestrują znaki towarowe, aby szantażować przedsiębiorców. Problem tego typu “kreatywnych przedsiębiorców” szczególnie widoczny był w Stanach Zjednoczonych. Skala tego procederu była na tyle poważna, że zmieniono procedurę rejestrowania znaków towarowych. W Polsce ten proceder występuje na razie na dużo mniejszą skalę, ale to może się zmienić.

czytaj więcej >>


– 10 –
SAN ESCOBAR w Urzędzie Patentowym.

Ten artykuł okazał się prawdziwym hitem. Co więcej zapoczątkował całą falę artykułów na ten temat w prasie internetowej. A wszystko zaczęło się od tego, że moja asystentka z ciekawości sprawdziła czy ktoś pokusił się o zgłoszenie znaku SAN ESCOBAR do ochrony. Tak na marginesie – do dziś zgłoszono 7 takich znaków towarowych.

czytaj więcej >>

 

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Niedawno odpowiadałem na pytanie, czy pomysł na firmę można opatentować. Dziś z kolei skupiam się na tym czy sam pomysł na biznes (metoda biznesowa) jest chroniony przez prawo autorskie. Wydawałoby się, że odpowiedź na to pytanie jest prosta. Niedawno miał jednak miejsce dość kontrowersyjny wyrok, który mocno w tym zakresie namieszał. Poniżej znajdziesz więcej szczegółów.
 

Czy prawo autorskie chroni pomysł?

Zacznę od początku.

Podstawową koncepcją prawa autorskiego nie jest ochrona samego pomysłu. Ochronie podlega sposób jego wyrażenia.

Przykładowo jeżeli napiszesz książkę, to prawo autorskie chroni jej treść, układ akapitów czy uszeregowanie rozdziałów. Nie uzyskujesz monopolu prawnego do pomysłu na tematykę książki. Na ten sam temat może napisać jeszcze kilka osób. Ważne aby nie kopiowały one twórczych fragmentów Twojej pracy.


Polska ustawa o prawie autorskim mówi w art. 1 ust.21 mówi, że

Ochroną objęty może być wyłącznie sposób wyrażenia; nie są objęte ochroną odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje matematyczne.

W oparciu o ten przepis przyjmuje się, że metoda biznesowa nie kwalifikuje się do ochrony prawnoautorskiej. I to bez względu na to, jak jest oryginalna i skomplikowana, czy w jak dużym stopniu odciśnięte jest w niej indywidualne piętno twórcy.

Metoda biznesowa nie może być traktowana jako utwór, ponieważ ograniczałoby to swobodę prowadzenia działalności gospodarczej czy ogólnie swobodę twórczą.

 

Zauważ co by się stało, gdyby przykładowo prawem autorskim chroniony był pomysł na sprzedawanie towarów poprzez aukcje internetowe. Ewentualnie działanie portalu społecznościowego.

To by oznaczało, że mógłby istnieć tylko Ebay czy Facebook. A jako, że pr. autorskie trwają do 70 lat od śmierci twórcy, to taki monopol prawny na dekady zablokowałby rynek.

Tymczasem w oparciu o ten sam pomysł czy metodę biznesową oparło działanie wiele firm. Dzięki temu konkurują one między sobą i zyskujemy na tym my jako ich klienci.


Pomysł na biznes - czy jest chroniony przez prawo autorskie?

– 1 –
Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 9.10.2012 r.
(V ACa 175/12)

Kilka lat temu toczył się ciekawy spór o to czy sam pomysł może być chroniony prawem autorskim. Powód złożył pewnej firmie propozycję zrobienia kampanii reklamowej. Jego pomysł opierał się na akcji billboardowej, gdzie latem przedstawiano by krajobrazy gór, a zimą lagun. Na dole baneru miał się znajdować biały napis na czarnym tle z hasłem reklamowym. Powód przedstawił swoje pomysły w postaci notatek oraz kolaży.

Do współpracy jednak nie doszło.

Pomimo tego po roku owa firma rozpoczęła kampanię reklamową opartą na pomyśle tego człowieka. Na billboardach były ośnieżone góry i czarny napis na białym tle. Co istotne, w reklamie nie użyto jego materiałów. Wykorzystano jedynie jego pomysł, który ubrano w inną szatę graficzną.

Pojawiło się więc pytanie:

Czy taka reklama narusza prawa autorskie pomysłodawcy?



Sąd w pierwszej kolejności przypomniał, że prawo autorskie chroni utwór.

Za utwór należy uznać każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. Istotą zatem utworu jest również jego sposób wyrażenia (utrwalenia w jakiejkolwiek postaci), co oznacza, że musi on być zindywidualizowany w konkretnej postaci, uzewnętrzniony w treści lub formie rezultat działania.

Sąd dodał, że:

W przeciwieństwie do tak rozumianego utworu stoją natomiast pomysły (idee), które nie zawierają w sobie sposobu wyrażenia. Wśród nich powszechnie wymienia się pomysły na kampanię reklamową.

Sąd uznał, że powód żąda ochrony pomysłu na reklamę, co jest niemożliwe na gruncie prawa autorskiego i pozew oddalił. Zaznaczył przy tej okazji, że utworem nie jest również opis przyszłego, mogącego hipotetycznie powstać utworu. Sąd wskazał, że wyłączenie spod ochrony autorskoprawnej pomysłów miało zapobiec monopolizacji myśli człowieka, które powinny stanowić dobro publiczne.

– 2 –
Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 8.10.2013 r.
(I ACa 1233/12)

W podobnym tonie wypowiedział się sąd w innej ciekawej sprawie.

Tutaj spór toczył się o zabawki dla dzieci przypominające kucyki Pony. Właściciel tej popularnej marki żądał od pozwanego m.in. zakazania wprowadzania do obrotu zabawek przedstawiających postaci kucyków z kolorową grzywą, fantazyjnie zarysowanym okiem oraz ogonem z długim kolorowym włosiem

No i sąd zauważył, że powód tak ogólnikowo formułując żądanie wnosi w istocie o udzielenie prawnoautorskiej ochrony pomysłu na zabawkę dla dzieci, a nie jego konkretnej realizacji.

Tymczasem :

Sam pomysł, koncepcja, która nie została skonkretyzowana w danym utworze nie podlega ochronie. Przedmiotem ochrony jest bowiem ustalony utwór, a nie wynikająca z niego idea.

Te spory bardzo obrazowo pokazują gdzie jest granica.

Prawo autorskie nie chroni samego pomysłu, a konkretny utwór, który w oparciu o ten pomysł stworzysz. Nie jest chroniony pomysł na kampanię reklamową, ale konkretny opis, rysunki, czasami oryginalne slogany reklamowe.

Analogicznie prawo autorskie nie chroni pomysłu na zabawkę, ale konkretne jej przedstawienie.


Pomysł na biznes - czy jest chroniony przez prawo autorskie?

– 3 –
Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 3 lutego 2017 r.
(II CSK 400/16)

Sąd Najwyższy w 2017 r. wydał wyrok, który tę fundamentalną zasadę wywrócił do góry nogami. Przyznał bowiem ochronę na koncepcję biznesową. Chodziło o specjalnie przygotowany przez agenta pakiet ubezpieczeniowy.

Powód zawarł umowę z pewną firmą ubezpieczeniową. Za każdego sprowadzonego klienta miał dostawać prowizję. Poza zakresem swoich obowiązków, agent opracował projekt pakietu ubezpieczeniowego i zaproponował jego wprowadzenie w jednym z oddziałów ubezpieczyciela. Dodatkowo w bardzo szczegółowej instrukcji przedstawił:

  • co wchodzi w skład pakietu;
  • jaki jest zakres ubezpieczenia;
  • jakie są ograniczenia odpowiedzialności ubezpieczyciela oraz
  • jaka jest wysokość składki i sposób jej określania.

Cała koncepcja opierała się na tym, że w tym samym dniu zawierano umowę na ubezpieczenie OC, AC komunikacyjne i ubezpieczenie mieszkania. Instrukcja nie obejmowała wzoru umowy ubezpieczenia, ogólnych warunków ubezpieczeń objętych pakietem i wzoru polisy ubezpieczeniowej.


Pakiet okazał się hitem i schodził jak świeże bułeczki.

Pomimo tego, współpraca pomiędzy agentem a ubezpieczycielem zakończyła się po około roku. Agent pisemnie wezwał oddział do zaprzestania sprzedaży jego pakietu. Kiedy to nie poskutkowało, wystąpił przeciwko ubezpieczycielowi z pozwem.


Sąd apelacyjny stwierdził, że powód bez wątpienia jest twórcą pakietu, który przybrał utrwaloną postać w formie instrukcji. Sam pakiet nie był prostą kompilacją ówczesnych produktów ubezpieczeniowych, lecz dziełem oryginalnym i nowatorskim, co potwierdzała opinia biegłego.

Stworzenie takiego pakietu wymagało od autora kreatywnego podejścia, wiedzy, doświadczenia, intuicji oraz umiejętności przewidywania.

Nowym tworem w samym pakiecie była jego kompozycja, tzn. specyficzne dobranie oraz zestawienie w całość odrębnych dotąd rodzajów ubezpieczeń. Oryginalnością charakteryzowała się również uproszczona taryfikacja stawek. Pakiet był tworem noszącym cechę indywidualności, odróżniającym się od produktów występujących wtedy na rynku. Jako całość, stanowił więc w ocenie Sądu – utwór.


Z tymi ustaleniami zgodził się Sąd Najwyższy, który zauważył, że pakiet ubezpieczeniowy oraz instrukcja do niego zostały utrwalone, wykazują elementy twórcze i mają cechy indywidualne. Twórczy charakter tego opracowania przejawiał się w:

  • połączeniu produktów ubezpieczeniowych;
  • stworzeniu dla nich nowej taryfikacji oraz
  • nadaniu pakietowi uproszczonej i użytecznej dla agentów formy.

 

Sąd wskazał, że pakiet z perspektywy tzw. statystycznej jednorazowości miał indywidualny charakter .

Jest to koncepcja, w myśl której ocenia się czy jest prawdopodobne, aby inna osoba mogła niezależnie stworzyć identyczne dzieło. Sąd uznał, że jest to nieprawdopodobne. Wskazał też, że orzecznictwo przyznaje ochronę każdemu dziełu, które wykazuje pewne elementy twórcze.

Praktyka pokazuje, że ta poprzeczka jest przez sądy stawiana stosunkowo nisko.



Pomysł na biznes - czy jest chroniony przez prawo autorskie?

Co z wyłączeniem spod ochrony idei i pomysłów?

Sąd wskazał, że w tej sprawie nie można zastosować art. 1 ust.21, który mówi o tym, że nie są objęte ochroną odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje matematyczne. Argumentował to tym, że opracowanie powoda nie było ani procedurą, ani metodą, ani zasadą działania.

Pakiet ubezpieczeniowy powoda stanowił za to sposób wyrażenia określonych dyrektyw postępowania, których ustalenie miało charakter twórczy i w pełni indywidualny.

Na przyznanie ochrony prawno-autorskiej opracowaniu powoda nie miała także wpływu okoliczność, że pozwany w ramach ostatecznego produktu ubezpieczeniowego wykorzystywał w całości nie tylko to opracowanie, ale również własne ogólne warunki umów, wzory umów i wzory polis.

Korzystał w ten sposób z opracowania powoda, a jeżeli przyjąć, że sprzedawany przez niego pakiet stanowił (również) utwór, to był to utwór z zapożyczeniem (w całości) opracowania powoda, a nie utwór inspirowany (w tym zakresie) tym opracowaniem.

 
I to w sumie dla mnie jest najbardziej zaskakujące.

Jeden sąd przyjął, że szczegółowy pomysł na oryginalną reklamę, nawet jeżeli jest spisany i przedstawiony w formie grafik, nie jest chroniony przez prawo autorskie. Z kolei drugi uznał, że pomysł na pakiet ubezpieczeniowy na taką ochronę już zasługuje. Oczywiście poziom skomplikowania jest tutaj nieporównywalnie większy, ale nie zmienia to faktu, że mówimy o uznaniu pomysłu na biznes czy też koncepcji biznesowej za utwór.

A to może już otworzyć przysłowiową puszkę Pandory.

Wyobrażam sobie sytuację, że kreatywny manager, który dzięki swoim pomysłom pozwolił rozwinąć firmę teraz żąda dodatkowej zapłaty. Ewentualnie pozywa konkurencję, za kopiowanie wymyślonej przez siebie strategii działania.


Pani Profesor Elżbieta Traple, w komentarzu do tego wyroku powiedziała:

[…] I nie chodzi tutaj o ocenę, czy dany pomysł jest bardziej oryginalny czy mniej, czy jego opracowanie wymagało znacznego nakładu pracy i wiedzy, gdyż oryginalność (twórczość) oceniamy jedynie w odniesieniu do przedmiotów, które potencjalnie kwalifikują się jako utwory. Wyłączenie pomysłów i idei spod ochrony prawnoautorskiej wiąże się z całościową koncepcją ochrony praw własności intelektualnej.

 
Sądy nie powinny się zastanawiać, czy dany pomysł jest na tyle skomplikowany, że zasługuje już na ochronę, ponieważ prawo autorskie samych pomysłów nie chroni. Jak już mówiłem – ochronie podlega jedynie sposób wyrażenia.

W tej sprawie utworem z pewnością była szczegółowa notatka o pakiecie oraz uproszczona wersja taryfikatora dla agentów. I z tego ubezpieczyciel bez zgody twórcy korzystać nie mógł. Sama metoda biznesowa jest z tej ochrony przez prawo wyłączana.

Na zakończenie:

W dzisiejszym artykule skupiałem się na prawnoautorskiej ochronie pomysłu. W poniższym nagraniu rozgryzałem jednak to zagadnienie w oparciu o prawo patentowe:
 

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

14 Gru

Wietnam – co warto zobaczyć, a czego unikać?

Na początku roku postanowiłem, że odwiedzę Wietnam. Azja siedziała mi w głowie od czasu jak 2 lata temu byłem w Hongkongu. Totalna egzotyka, upał i ciepłe morze. Brzmi dobrze jak na listopad. Poza tym czułem, że na to po prostu zasłużyłem. To był intensywny rok, w którym m.in. zmieniłem stan cywilny. Nie żałowaliśmy więc sobie i w Wietnamie spędziliśmy ponad 3 tygodnie.
 
Wietnam - dolina Mekongu

Wietnam – przygotowania do wyprawy.

Rok temu byłem w Gruzji.

Po powrocie opisałem swoje wrażenia na blogu. Dostałem wtedy od was wiele pozytywnych komentarzy. Sam artykuł przypadkiem stał się jednym z najpopularniejszych 🙂

Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis okaże się równie pomocny.

1. Organizowanie wiz.

Wizę do Wietnamu możesz dostać na dwa sposoby:

  • składając wniosek o wydanie wizy w konsulacie Wietnamu w Warszawie, lub
  • działając przez pośrednika, załatwiasz promesę wizową.

Pierwsza opcja jest dobra jeżeli mieszkasz w stolicy, gdyż w konsulacie trzeba pokazać paszport. Znajoma taki wniosek złożyła na odległość, wysyłając paszporty pocztą. Mnie jednak wizja rozstania się z paszportem przerażała, więc wybrałem wariant drugi.

Promesa to dokument gwarantujący, że wizę dostaniesz na lotnisku w Wietnamie. Zamówiliśmy ją poprzez stronę WizaSerwis.pl. Formalności zajęły dokładnie 3 dni.

Kosztowo wyglądało to następująco:

  • 8$ – promesa
  • 47 PLN – honorarium pośrednika
  • 25$ – wiza (płatne na lotnisku w Wietnamie)

Prościzna 🙂

2. Bilety.

Oczywiście cały wyjazd organizowaliśmy samodzielnie. To rozwiązanie nieco bardziej wymagające, ale też dające więcej wolności. Robiliśmy co chcieliśmy. Poza tym, argumentem był czas. Za te same pieniądze co z biurem podróży, bujaliśmy się na miejscu dokładnie 24 dni.

Mnie zresztą zawsze irytuje, że biura ogłaszają, że wyjazdy są np. 13-dniowe. Tak, tylko wylot często jest w niedzielę o 23:30, a ostatniego dnia wymeldowujesz się po śniadaniu. I nagle magicznie znikają 2 dni.

Przez internet kupiliśmy zarówno bilety lotnicze do Wietnamu, jak i trzy lokalne loty. A będąc precyzyjnym pomógł nam w tym znajomy, Mateusz Machulski, który zajmuje się tym zawodowo. Jeżeli chcesz upolować jakąś okazję to możesz się z nim skontaktować pod nr 730 060 810.

Osobiście chciałem doświadczyć podróży wietnamskim pociągiem. Kupiliśmy więc bilet z Hanoi do Da Nang, a sama podróż zajęła nam 20 godzin. Mój rekord to nadal 27-godzinna podróż z Lwowa na Krym 🙂

Podsumowując, wszystkie bilety mieliśmy kupione jeszcze w Polsce.

Wietnam - podróż lokalnym pociągiem.Przedziały w stylu lat 70, ale internet mobilny śmigał lepiej niż w Polsce!

3. Szczepienia.

Lecąc do egzotycznych krajów warto się zaszczepić. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na podstawowy zestaw, w którym były szczepionki m.in. przeciwko żółtaczce typu A i B.

Oczywiście czytając o chorobach w Azji można się było przerazić. Dur brzuszny, denga, japońskie zapalenie mózgu, malaria. Na niektóre nie było szczepionek. Na inne były, ale efekty uboczne potrafiły być gorsze od samej choroby.

Ostatecznie postanowiliśmy znaleźć jakiś złoty środek i ograniczać ryzyko. Odpuściliśmy sobie miejsca gdzie było największe zagrożenie malarią. Staraliśmy się pić jedynie napoje butelkowane, choć nie byliśmy w stanie oprzeć się smoothie o smaku mango 🙂

Wietnam - targ z owocami.W ogóle miejscowe owoce smakowały genialnie.

 

Wietnam - lody na Phu QuocTak samo jak robione na naszych oczach lody.

 

Wietman - Tort urodzinowy z ananasa.Za to w dniu urodzin Ola zaskoczyła mnie “tortem” z ananasa 🙂

 
Co najważniejsze – kupiliśmy sporo repelentów marki MUGGA.

Generalnie, to komara widziałem może z trzy razy w ciągu całej podróży.

No, ale może to właśnie dzięki temu, że dzielnie się tymi repelentami psikaliśmy.

Wietman - repelenty marki MUGGA.

4. Noclegi.

Z noclegami to było dla nas największe zaskoczenie.

Podobnie jak w Gruzji opieraliśmy się na serwisie Booking.com. Różnica była taka, że w Gruzji dostępne były głównie kwatery prywatne, a w Wietnamie – hotele.

Ceny powalały (pozytywnie).

Średnio za pokój dwuosobowy z łazienką i śniadaniem płaciliśmy około 40 zł na osobę.

No żyć nie umierać 🙂

Zaszaleliśmy jedynie na wyspie Phu Quoc, gdzie wynajęliśmy domek przy plaży (tzw. bungalow). No, ale to była rajska wyspa, którą nawet ja, miłośnik gór, wspominam z nostalgią.

Podobnie jak z wizami i biletami, noclegi ogarnęliśmy jeszcze w Polsce.

Wietman - Phu Quoc.Gdzieś w tej gęstwinie jest nasz domek (Free Beach Resort).

Wietnam jest świetnie przygotowany pod turystów.

Pierwszy raz przekonałem się o tym tuż po przylocie do Hanoi. W jednym z punktów obsługi podróżnych załatwiłem wszystkie najpilniejsze rzeczy. Wymieniłem trochę dolarów, zamówiłem taksówkę oraz kupiłem lokalną kartę z internetem za 10$. Zresztą nie musiałem się nawet zastanawiać jak ją aktywować, bo obsługa zrobiła to za mnie.

W Wietnamie wszystko kręci się wokół turystyki.

Ma to swoje jasne i ciemne strony.

Jasne strony Wietnamu.

1. Wycieczki.

W każdym turystycznym mieście znajdziemy ogromną liczbę biur podróży. Organizują one wycieczki do bliższych lub dalszych atrakcji turystycznych. W wielu poradnikach zalecano korzystanie z ich usług. Ponoć w zatoce Ha Long klika taksówkarzy i osób wynajmujących łodzie ostro naciąga turystów.

Wykupując wycieczkę omijamy takich cwaniaczków.

My zdecydowaliśmy się na 2-dniowy wyjazd do zatoki Ha Long. W tym był:

  • transport busem;
  • pełne wyżywienie;
  • nocleg na łodzi we własnej kajucie(!);
  • przewodnik.

Ceny wycieczek oscylowały pomiędzy 69, a 119$ od osoby.

Wietnam - Zatoka Ha Long.Jeden z tych stateczków był nasz.

Wietnam - Zatoka Ha Long.Mam nadzwyczajną umiejętność – zasypiania na zawołanie 🙂

Wietnam - Zatoka Ha Long.

Wietnam - kajaki w zatoce Ha Long.Częścią wycieczki były kajaki.

Wietnam - zatoka Ha Long.Masa oświetlonych stateczków robiła świetny klimat nocą.

 
2. Jedzenie.

Na zagranicznych wyjazdach zawsze staram się smakować lokalnej kuchni.

Kiedy na jednej z wycieczek przewodnik zapytał mnie czy jem mięso, odpowiedziałem, że zjem wszystko. Wtedy się do mnie uśmiechnął i powiedział, że w Wietnamie się tak nie mówi. Poza chickem meet mają również dog meet i rat meet 🙂

Spróbowałem jednak ośmiornicy.

 
Restauracje serwujące owoce morza eksponowały duże akwaria z różnymi stworzeniami. Części nie byłem w stanie nawet nazwać. Były kraby, gigantyczne raki, krewetki, ślimaki, żaby, mureny(!), węże oraz rekiny.

Wietnam - owoce morza - raki.Dla porównania, w lewym dolnym rogu jest mój but.

Wietnam - owoce morza - ryba.
 
My oczywiście celowaliśmy w nieco mniej odważne potrawy.

Mimo wszystko fajnie było zjeść sajgonki w Sajgonie 🙂

Wietnam - sajgonki w Sajgonie.
 
Na ulicach dużych miast jest ogromna liczba restauracji i knajpek serwujących street food. My przy ich wyborze  korzystaliśmy z aplikacji TripAdwizor, gdzie były rekomendacje samych turystów. Dzięki temu zjadłem najlepszego kurczaka w życiu 🙂

Wietnam - street food.Czasami lepiej nie zaglądać na zaplecze…

 

Wietnam - street food.Takie widoki dziwiły nas tylko na początku podróży.

 
Transport prywatny – Uber.

Przed wyjazdem do Wietnamu o Uberze słyszałem tylko z doniesień prasowych. Nigdy nie miałem okazji i potrzeby z niego korzystać. Taksówkami jeżdżę w wyjątkowych sytuacjach. Zainteresowałem się nim po tym, jak jeden z taksówkarzy nas naciągnął. Nie wiem jak ustawił taksometr, ale na koniec wskazywał jakieś 4x więcej niż się spodziewaliśmy.

Naturalnie taksówkarz nie mówił po angielsku, a my spieszyliśmy się na pociąg.

Wietnam - ruch uliczny.Ulicami jeździły tysiące skuterków. Widzisz psa?

 
Postanowiłem wyciągnąć z tej historii wnioski. Kiedy wysiedliśmy na dworcu w Da Nang miałem już zainstalowaną aplikację Uber. Obsługa była intuicyjna. Zaznaczyłem nasz hotel i miejsce w którym czekaliśmy. Przed zamówieniem przejazdu otrzymałem informację o orientacyjnym koszcie oraz numerach rejestracyjnych samochodu.

Sama jazda to była już formalność. Kierowca o nic nie pytał, odpalał aplikację i jechał wg. instrukcji z mapki. Kiedy dojechaliśmy na miejsce zaznaczył koniec podróży i pojawiła się cena. Płatność gotówką. Wszystko działało automatycznie. Nie wiem nawet czy kierowca znał angielski bo nie rozmawialiśmy.

Od tego czasu podróżowaliśmy tylko w ten sposób.
 
Lubię czuć, że kontroluję sytuację. Uber był tańszy, prostszy w obsłudze i dawał mi gwarancję, że nikt mnie nie naciągnie. Chociażby z tego powodu, że na końcu wystawiałem kierowcy ocenę. Dodam jeszcze, że Uber jest w Wietnamie rozwinięty o wiele lepiej niż w Polsce. W Ho Chi Minh zamawiać można było przejazd skuterem, zwykłym samochodem lub limuzyną/ SUVem. Była też usługa przewozu paczek.


3. Internet.

Dużo możliwości dawał nam dostęp do mobilnego internetu.

Na lotnisku kupiłem pakiet no-limit, co w praktyce oznaczało 10 GB 🙂 Kolejne 10 kupiliśmy za 20 zł. Starczyło nam to do końca podróży. W komórce miałem odpaloną opcję routera więc z internetu korzystała również Ola.

Było to o tyle komfortowe, że siedząc na kawie mogliśmy planować kolejne miejsca, które odwiedzimy. Tutaj, podobnie jak z restauracjami, kierowaliśmy się wskazówkami z TripAdvisora. Poza tym byliśmy w stałym kontakcie ze znajomymi i rodziną. Na bieżąco podsyłaliśmy zdjęcia i rozmawialiśmy przez Skype. Internet śmigał tak dobrze, że przetestowaliśmy wideo rozmowę przez Facebooka.

Poczułem wtedy, że przyszłość jest dzisiaj 🙂

Internet łapało praktycznie wszędzie. W trakcie podróży pociągiem straciłem zasięg może na 20 minut. W Polsce na trasie Bydgoszcz – Warszawa jest dokładnie odwrotnie.

Wietnam - kawa.Swoją drogą klasyczna wietnamska kawa jest paskudna.

 
4. Bezpieczeństwo.

Przez całą podróż nie zdarzyła się choćby jedna sytuacja, w której czułbym się zagrożony. No może poza jazdą skuterkiem, ale to na własne życzenie 🙂 Wietnam żyje z turystów i odniosłem wrażenie, że każdemu zależało na tym aby było ich jak najwięcej. Z informacji na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości wyczytałem, że w niektórych dzielnicach grasują kieszonkowcy, ale znów nas to szczęśliwie ominęło.

W trakcie naszych leniwych spacerów często dzieci bawiące się na ulicy wołały do nas “hello”. Podchodzili też ludzie, którzy chcieli poćwiczyć swój angielski. Było bardzo pozytywnie i oboje czuliśmy się bezpiecznie.

Wietnam - walki kogutów.Przypadkiem trafiliśmy na walki kogutów.

 

Ciemne strony Wietnamu.

W Wietnamie każdy stara się zarobić na turystach. A to oznacza, że w biznesie jest bardzo duża konkurencja. I to bez znaczenia czy mówimy o taksówkarzach, restauratorach czy sprzedawcach na targu. Czasami czułem się jak zwierzyna, którą każdy chce upolować.

O skali takich zachowań niech świadczą poniższe historie.

Historia 1

Siedzimy w restauracji, gdzie stoliki wychodzą na ulicę. W przeciągu pół godziny(!) podeszło do nas 10 osób prowadzących handel obwoźny. Sprzedawali, okulary, bransoletki, książki, płyty DVD, dosłownie wszystko. Samo powiedzenie, że nie jesteśmy zainteresowani, nie wystarczało. Trzeba to było powtórzyć na pięć różnych sposobów. Jak odchodziła jedna osoba, to po kilku minutach pojawiała się kolejna.

Efekt tego był taki, że później chowaliśmy się w głębi lokalu.

Historia 2

Na każdej popularnej wśród turystów ulicy, przed restauracjami działali naganiacze. Stawali na naszej drodze wskazując lokal i dając do ręki menu. Czy tego chcieliśmy czy nie. Znów trzeba było mówić, że nie jesteśmy zainteresowani. Omijaliśmy delikwenta łukiem i za 10 metrów zabawa zaczynała się od nowa z kolejnym. Tak agresywny marketing szybko nas męczył i odbierał przyjemność z wieczornych spacerów.

 

Wietnam - flaga z sierpem i młotem.

Ostatniego dnia Wietnam pożegnał nast takim widokiem.

 

Podobnych historii była cała masa. Gdy szliśmy ulicą taksówkarze trąbili na nas i wołali “taxi”. Ja już później złośliwie odkrzykiwałem “uber”. Na bazarach wystarczyło pokazać najmniejsze zainteresowanie jakimś przedmiotem aby sprzedawca sam ze sobą zaczynał licytację. Kiedy pytaliśmy o cenę jakiegoś owocu – już nam go pakowano.

Wietnam -nalewka z węża.Nalewka z węża trzymającego w pysku skorpiona.

 
Później nauczyliśmy się na to wszystko nie zwracać uwagi. W Polsce nasze zachowanie uznano by za mocno niegrzeczne. Nie dało się jednak inaczej. Jakakolwiek dyskusja ze sprzedawcą była odbierana jako akt naszej słabości i szansa na deal. Ignorowany sprzedawca szybko odpuszczał.

Co warto zobaczyć w Wietnamie?

Te pewne uciążliwości absolutnie nie miały wpływu na nasz wyjazd.

Ot taki po prostu jest Wietnam.

Trasa naszej podróży przebiegała z północy na południe. I każdemu to polecam. Po głośnych miastach dobrze było całkowicie się wyluzować na wyspie Phu Quoc.

Hanoi

Pierwsze nasze spotkanie z wietnamską ulicą. Tysiące straganików, restauracji i skuterków. Mieliśmy hotel w starej części miasta, czyli w najbardziej urokliwym miejscu. Można było poczuć klimat i historię tego miejsca. Miałem wrażenie, że coś podobnego widziałem w popularnych filmach o Wietnamie.

Zdecydowanie warto spędzić w Hanoi przynajmniej 2 dni.

Wietnam -Hanoi.

Wietnam -Hanoi.

Wietnam -artysta w Hanoi.Lokalny mistrz ołówka.

 

Da Nang

Tutaj pierwszy raz zobaczyliśmy morze. Piaszczyste plaże tak delikatnie schodziły do morza, że fale wdzierały się na brzeg na dobre 20 metrów. Ciekawie to wyglądało. To dobre miejsce aby chwilę odpocząć przed dalszą podróżą. Na plażach w ciągu dnia nie było zbyt wielu turystów. Miejscowi przychodzili tam nocą, kiedy było chłodniej.

Wietnam - Da Nang.

Wietnam - Da Nang.

Wietnam - Da Nang.Grupa medytujących Wietnamczyków.

Wietnam - Da Nang.

 

Hoi An

Poza zatoką Ha Long jest to miejsce, które po prostu trzeba zobaczyć. Miasteczko oddalone jest o 30 km od Da Nang i dojechać tam można komunikacją miejską lub Uberem. Miasteczko składa się z wielu uliczek, na których są setki restauracji, straganów i sklepów. Prawdziwe swoje piękno ukazuje nocą kiedy zapalane są lampiony.

Wietnam - Hoi An.

Wietnam - Hoi An.Wietnam - Hoi An.

Zatoka Ha Long

Nie da się ukryć, że jest to ekstremalnie popularne miejsce. Widać to chociażby po ilości łódek na horyzoncie. Mimo wszystko uważam, że warto zobaczyć wszystko na własne oczy. W tym miejscu kręcony był film Avatar czy najnowszy King Kong. Nocując na łodzi można wieczorem zintegrować się z turystami z całego świata.

Bardzo dobrze wspominamy to miejsce 🙂

Wietnam - zatkoa Ha Long.

Wietnam - zatkoa Ha Long.

Ho Chi Minh

Z całej podróży to miasto podobało mi się najmniej. Brakowało mu wietnamskiego charakteru. Na popularnych ulicach znajdowały się kluby nocne, które rywalizowały ze sobą o to kto głośniej puści muzykę. Nie pasowało mi to do tego miejsca. Poza tym turystyczne ulice nie były zamknięte dla ruchu, więc panował duży ścisk.

 
Wrażenie robiło za to muzeum wojny. Choć wszystko było tam przedstawione jednostronnie, to jednak ze zdjęć można było zobaczyć horror jakim jest wojna.

 

Delta Mekongu

Z Ho Chi Minh wykupiliśmy wycieczkę do delty Mekongu. Interesujące miejsce, szczególnie kiedy ma się dobrego przewodnika. Z tym, że podobnie jak w zatoce Ha Log, należy się przygotować na całą masę turystów. Kiedy płynęliśmy łódkami było po prostu tłoczno.

Wietnam - delta Mekongu.

Phu Quoc

Finał naszej podróży zaplanowaliśmy na rajską wyspę Phu Quoc. Po gwarnym Ho Chi Minh tutaj panował błogi spokój. Śniadania i kolacje jadaliśmy na plaży. Resztę dnia zwiedzaliśmy wyspę na skuterze.

Wietnam - Phu Quoc.

Wietnam - Phu Quoc.

Wietnam - Phu Quoc.

Wietnam - Phu Quoc.Zobaczcie kogo spotkałem 🙂

Wietnam - Phu Quoc.Co te delfiny mają z oczami?

Wietnam - Phu Quoc.

Podsumowując.

Wyjazd uważam za udany. Znowu poszerzyliśmy swoje horyzonty. Podróżowanie na własną rękę nie jest skomplikowane. Bardzo wiele rzeczy można zorganizować będąc jeszcze w Polsce. I właśnie zaskakująco dużo naszych rodaków spotkaliśmy na miejscu. Mam wrażenie, że w obliczu zawirowań na świecie Azja staje się coraz bardziej atrakcyjnym turystycznie miejscem.


Naciągacze atakują przedsiębiorców na różne sposoby. Poszkodowani po części sami są temu winni. Przez to, że narzucają sobie na barki za dużo obowiązków, przestają być uważni. Wiele spraw załatwiają w locie co sprawia, że łatwiej ich wprowadzić w błąd.

W dzisiejszym odcinku opowiadam o wyłudzeniach, z którymi spotykam się najczęściej. Wszystkie w większym bądź mniejszym stopniu związane są z marką firmy. Po omówieniu taktyki działania naciągaczy, wskazuję co należy zrobić, aby się przed nimi skutecznie bronić.

Osobiście uważam, że najważniejsza jest wiedza o tym, że możesz się stać celem takiego ataku. Właśnie dlatego moim klientom do znudzenia powtarzam, że po zgłoszeniu znaku towarowego do ochrony, dostaną pisma od naciągaczy. Należy się więc ich spodziewać i poinformować o tym swoich pracowników.

Z tym, że metod wyłudzania pieniędzy jest więcej.

Ja omówiłem 5 najczęstszych.

 

W tym odcinku usłyszysz:

  • o najczęstszych metodach wyłudzania pieniędzy od przedsiębiorców,
  • na czym polega metoda wyłudzania “na urząd patentowy”,
  • na co zwrócić uwagę, kiedy dostaniesz wezwane do zapłaty,
  • skąd naciągacze mają Twoje dane firmowe,
  • co to jest szantaż domenowy,
  • jak sprawdzić, kto jest właścicielem Twojej firmowej domeny internetowej,
  • kim są trolle od znaków towarowych;
  • jak można ukraść markę firmy.

 

Artykuły, które uzupełniają wiedzę z podcastu:

 

Zostaw mi komentarz

Jeżeli po przesłuchaniu podcastu nasunęły Ci się jakieś pytania, śmiało podziel się nimi w komentarzu. Chętnie na nie odpowiem. Napisz mi również, jeżeli chciałbyś, abym jakimś tematem zajął się w kolejnych odcinkach.

 

Pomóż mi w promocji tego podcastu

Jeżeli uważasz, że dzielę się wartościową wiedzą, pomóż mi dotrzeć z podcastem do większego grona ludzi. Możesz link do niego podesłać swoim znajomym lub wrzucić na Facebooka. Będę wdzięczny, jeżeli zostawisz ocenę lub recenzję:

Oceń podcast „Prawna Ochrona Marki”

Dzięki temu mój podcast będzie w rankingach iTunes i słuchacze łatwiej na niego trafią.

 

Transkrypt podcastu

Kliknij i pobierz spisaną w pliku PDF treść podcastu:

5 najczęstszych wyłudzeń opartych o markę firmy.

 

Transkrypcję możesz również przeczytać poniżej.

 

Witam Cię bardzo serdecznie. Ja nazywam się Mikołaj Lech, a to jest mój podcast pod tytułem Prawna Ochrona Marki. Odcinek dwunasty.

Jako rzecznik patentowy opowiem Ci jak możesz zapewnić swojej marce silną ochronę prawną oraz dlaczego jest to takie ważne. Dowiesz się również jakich błędów jako przedsiębiorca powinieneś unikać. Ten podcast jest również uzupełnieniem wiedzy, którą dzielę się na moim blogu pod adresem znakitowarowe-blog.pl

Cześć. Myślę, że dzisiejszy odcinek będzie jednym z ważniejszych, które nagrałem. Usłyszysz w nim o takich pięciu najczęstszych metodach wyłudzania pieniędzy od przedsiębiorców. Wszystkie kręcą się wokół marki firmy. Oczywiście to taka moja subiektywna lista, którą stworzyłem po sygnałach od moich klientów. Naturalnie wskażę Ci, jak przed takimi naciągaczami możesz się bronić. Właściwie wszystko opiera się o to, abyś był świadomy, że prędzej czy później, z którymś z tych naciągaczy się zetkniesz.

– 1 –
Naciągacze “na Urząd Patentowy”

Pierwszą metodę wyłudzania nazwałem „na Urząd Patentowy”. Na celowniku naciągaczy są firmy, które zgłosiły do ochrony swoje znaki towarowe. Po kilku tygodniach od złożenia takiego wniosku przychodzą do nich pisma, w których jest wyraźnie napisane, że w związku z dokonanym zgłoszeniem, wyznacza się im termin na uiszczenie wskazanej opłaty za publikację znaku towarowego w rejestrze. A żądane opłaty są całkiem spore i wahają się od 1 tys. zł do nawet 2 tys. euro.

Cały szwindel polega na tym, że nie pisze do Ciebie Urząd Patentowy, a prywatna firma, która z tym urzędem nie ma nic wspólnego. Z kolei list, który otrzymałeś to tak naprawdę zwykła oferta handlowa umieszczenia informacji o Twoim znaku w prywatnej nikomu nieznanej bazie danych.

O tym, że jest to oferta przeczytasz w tym piśmie oczywiście małymi literkami lub w regulaminie umieszczonym na ich stronie internetowej. Firmy, które takie pisma wysyłają to prawie zawsze spółki z o.o., z tzw. wirtualnymi biurami. Spółki z o.o. najlepiej chronią kapitał wspólników.

Jeżeli więc postanowisz walczyć o pieniądze, które przez pomyłkę przelałeś na ich konto, szybko może się okazać, że nie ma z czego ściągnąć należności. A wynika to z tego, że do założenia spółki z o.o. wystarczy 5 tys. zł. A pamiętaj, że podobnych Tobie poszkodowanych mogą być tysiące.

Nazwy firm, które wysyłają takie pisma co jakiś czas się zmieniają. Kiedyś popularny był Ogólnopolski Rejestr Firm. Kiedy w internecie zaczęto przestrzegać przed jego działalnością pojawił się nowy twór – Rejestr Krajowych Znaków Towarowych i Wzorów Użytkowych. I działał tak sobie dobre kilka lat. Kiedy nagrywam dzisiejszy odcinek właśnie płynie fala pism od Rejestru Polskich Znaków Towarowych.

No i jestem pewien, że dni tego rejestru również są policzone. Myślę więc, że nie tyle powinieneś skupiać się na nazwach tych pseudo rejestrów, co na modelu działania samych naciągaczy. A ten jest zawsze taki sam.

Cały proceder opiera się na nieuwadze przedsiębiorców. Jeżeli prowadzisz własną firmę to doskonale wiesz ile masz codziennie zadań do wykonania. Wiele spraw załatwia się w locie. I na to właśnie liczą naciągacze. Nastawiają się na to, że skojarzysz, że zgłosiłeś swój znak towarowy i teraz powinno do Ciebie przyjść pismo z Urzędu Patentowego, gdzie będzie potwierdzenie zgłoszenia wraz z informacją o opłatach urzędowych.

Listy, które wysyłają naciągacze są tak sprytnie zredagowane, aby zmaksymalizować szansę na to, że się pomylisz i przelejesz im pieniądze.

Po pierwsze znajdziesz tam szczegółowe informacje dotyczące Twojego znaku:

– datę zgłoszenia,

– numer zgłoszeniowy nadany przez Urząd Patentowy,

– numery wskazanych przez Ciebie klas towarowych

– oraz co najważniejsze reprodukcję samego znaku. Jeżeli zgłaszałeś do ochrony logo, znajdziesz je w treści pisma.

Pewien Rejestr, aby się jeszcze bardziej uwiarygodnić zamieszczał również informację o rzeczniku patentowym, który był w sprawie pełnomocnikiem. Ale to zdarzyło się właściwie tylko raz i najpewniej nie zdało egzaminu. Domyślam się, że ludzie widząc dane swojego pełnomocnika częściej dzwonili do niego z pytaniem czy powinni płacić i myślę, że to ratowało im to skórę.

Zauważyłem, że naciągacze ciągle testują i modyfikują treści tych listów. Były pisma, które w nagłówku miały logo zbliżone do logo polskiego urzędu patentowego. Jeżeli ktoś zgłaszał swój znak w procedurze unijnej lub międzynarodowej dostawał pisma od rejestrów, których logo przypominało znaki EUIPO czy też WIPO.

Jeden z takich rejestrów, który w sumie chyba ciągle działa w Polsce wykazał się szczególną kreatywnością. W swoim piśmie wprost informował, że nie ma nic wspólnego z Urzędem Patentowym.

Jeżeli zastanawiasz się gdzie jest haczyk, to już Ci mówię. W swoim piśmie naciągacze umieszczali zastrzeżenie, że:

Rejestracja znaku w Rejestrze Krajowych Znaków i Wzorów Użytkowych jest irrelewantna dla powstania i trwania ochrony prawnej.

I teraz tak z ręką na sercu odpowiedz sobie, czy wiesz co to słowo oznacza? W słowniku PWN można przeczytać, że irrelewantny oznacza nieistotny dla funkcji komunikowanej wypowiedzi.

No nie da się ukryć, że takim słownictwem nie posługujemy się na co dzień i większość osób uznała to po prostu za prawniczy bełkot. Tymczasem to sformułowanie znalazło się tam nieprzypadkowo. Chodziło o to, aby w przypadku ewentualnego sporu obronić stanowisko, że ten Rejestr nikogo nie wprowadzał w błąd, bo jak byk było napisane, że rejestr nie ma związków z Urzędem Patentowym.

Proceder wysyłania pism wprowadzających w błąd trwa już od wielu lat i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. I ostrzega o tym w kilku miejscach na swojej stronie polski Urząd Patentowy.

Byłem jednak zaskoczony, kiedy podobne ostrzeżenia znalazłem na stronach Urzędu Patentowego w Stanach Zjednoczonych, Francji, Anglii, a nawet Australii i Japonii. WIPO, czyli Światowa Organizacja Własności Intelektualnej, umieściła na swojej stronie ponad 100 skanów pism od takich rejestrów. No i to pokazuje skalę działalności takich firm.

Problem jest na tyle poważny, że EUIPO, czyli urząd gdzie rejestruje się znaki towarowe na Unię Europejską w początkowej fazie zgłoszenia nie publikuje danych zgłaszającego w swoich internetowych rejestrach. Robi to dopiero, kiedy ten wniesie już opłaty urzędowe. Chodzi o to aby taka osoba, kiedy dostanie list od naciągaczy zadała sobie pytanie za co ma drugi raz płacić. Mało tego, w dokumentach od EUIPO znajduje się wyraźne ostrzeżenie przed tego typu rejestrami.

W tym kontekście wiele osób zadaje mi pytanie skąd naciągacze mają dokładne dane ich firmy oraz samego zgłoszenia. Spotkałem się z zarzutami, że na pewno ktoś z Urzędu Patentowego z nimi współpracuje i przekazuje poufne dane zgłaszających. Rozwiązanie tej zagadki jest dość proste.

Urząd Patentowy nie ma z tym nic wspólnego.

Co więcej wielokrotnie zgłaszał informacje o tym procederze do Prokuratury, ale rejestry jak działały tak działają dalej. Urząd Patentowy może tylko sygnalizować problem, to policja jest od działania.

Naciągacze informacje o zgłaszających wyciągają legalnie z tzw. Biuletynów Urzędu Patentowego oraz Wiadomości Urzędu Patentowego. Są to oficjalne wydawnictwa publikowane on line, w których znajduje się informacja jaki znak towarowy został zgłoszony lub ochrony i przez jaki podmiot.

Urząd jest zmuszony do publikowania tych informacji przez prawo. Chodzi o to, aby każda zainteresowana osoba mogła sprawdzić czy nazwa, w którą chce wejść nie jest przypadkiem już przez kogoś zastrzeżona. Tak więc publikowanie tych informacji jest jak najbardziej w interesie przedsiębiorców i nie budzi to żadnych kontrowersji. Jeżeli chcesz na rynek wprowadzić nową markę to chciałbyś sprawdzić czy nie naruszy ona cudzych praw. Logiczne.

Tylko jak widzisz te dane można wykorzystać w nieetycznym celu. Zresztą Urząd Patentowy nie publikuje dokładnych danych, a jedynie

– nazwę przedsiębiorstwa oraz

– miasto, w którym ma siedzibę.

To jednak wystarcza, aby przez wyszukiwarkę CEIDG czy KRS zlokalizować firmę, która dokonała zgłoszenia.

Względnie bezpiecznie mogą czuć się osoby, które nie prowadzą działalności gospodarczej a znak towarowy zarejestrowały na siebie jako osoby fizyczne. Naciągacze będą mieli problem ze znalezieniem ich adresu, choć czasami mogą go wyciągnąć z oficjalnej strony danej marki.

Tak czy siak, z oficjalnych informacji dostępnych w internecie naciągacze składają wszystko niczym puzzle. I to wystarczy, aby rozpocząć proceder z wysyłaniem takich pism.

Nie wiadomo jaki procent przedsiębiorców daje się nabrać i przelewa naciągaczom pieniądze. Na pewno musi być to znacząca ilość, bo problem tylko się nasila. Wiem o tym z własnego doświadczenia, bo często odbieram telefony od zdesperowanych ludzi. I to nawet takich, którzy powinni ten proceder od razu rozszyfrować.

Kiedyś zadzwoniła do mnie pewna radczyni prawna, która nieopacznie przekazała aż 3 takie pisma do księgowości. Kiedy po kilku dniach zorientowała się, że popełniła błąd, przelew na ponad 10 tys. zł już został wykonany. Innym razem w sporze sądowym, który prowadzę, przeciwnik jako dowód przysługujących mu praw do znaku towarowego pokazał pismo od oszustów i dowód przelewu. No zamurowało mnie jak to zobaczyłem 🙂

Takich historii mam jednak więcej. Wyobraź sobie, że zawsze kiedy trwa nowa fala wysyłania takich pism, raz na kilka dni dostaję telefon od osoby, która żąda, abym to ja oddał jej pieniądze, które wpłaciła. Za pierwszym razem zdębiałem i pytałem skąd pomysł na to, że pismo wyszło ode mnie. Wtedy usłyszałem, że taka osoba wpisała nazwę rejestru w wyszukiwarce i na pierwszym miejscu wyskoczył mój artykuł.

Przypominam, że jest to artykuł, w którym ostrzegałem przed tymi naciągaczami. Tylko, że taka osoba ani nie przeczytała dokładnie pisma od naciągaczy ani mojego artykułu.

Prawdziwym hitem był jednak przypadek, kiedy skontaktował się ze mną policjant z pytaniem co mam wspólnego z tymi pismami. Okazało się, że również on trafił na mój artykuł, którego nie przeczytał. Po prostu znalazł mój numer telefonu i do mnie zadzwonił. Zresztą ciekaw jestem czego się spodziewał 🙂

Niestety wszyscy przedsiębiorcy mają na głowie masę spraw i ryzyko tego, że jeden na 10-ciu, jeden na 20-tu się pomyli jest realne. Tak więc to, myślę tłumaczy, dlaczego problem się nasila.

Jeżeli chodzi o odpowiedź na pytanie: Jak się przed tym bronić? Powinieneś:

– nastawić, że takie pisma do Ciebie przyjdą,

– strzec osoby w firmie, które zajmują się płatnościami,

– dla większego bezpieczeństwa wykupić w banku usługę umożliwiającą cofnięcia przelewu w przeciągu 2-3 dni od jego wykonania. Coś takiego uratowało właśnie jednego z moich klientów. To się nazywa chyba Chargeback i występuje przy płatności kartą kredytową,

– zawsze dokładnie czytać pisma na podstawie którego dokonuje się przelewu. Jeżeli korzystałeś z pomocy rzecznika patentowego skonsultuj się z nim. Pamiętaj też, że jeżeli rzecznik patentowy prowadzi Ci sprawę rejestracji to Urząd Patentowy koresponduje tylko z nim. Każde pismo, które pomija Twojego pełnomocnika i trafia bezpośrednio do Ciebie powinno wzbudzić Twoja podejrzliwość.

– 2 –

Druga metoda wyłudzania pieniędzy jest podobna do pierwszej. Dotyka ona osoby, które dopiero co założyły działalność gospodarczą lub spółkę. Jak tylko informacja o nowo powstałej firmie ujawniana jest w CEIDG lub KRSie taki przedsiębiorca dostaje pisma wzywające do opłaty za publikację informacji o firmie. Wysokość tych opłat nie jest duża i oscyluje między 100 a 300 zł. Tak niskie kwoty sprawiają, że wielu osobom nie zapala się czerwona lampka. A nawet kiedy orientują się, że przelali pieniądze naciągaczom to rzadziej coś z tym faktem robią.

Ten proceder dotyka większą ilość osób niż w przypadku tego wyłudzenia na Urząd Patentowy. Wiadomo, że na rejestrację znaku towarowego decyduje się tylko część przedsiębiorców. Za to, aby legalnie prowadzić biznes trzeba mieć założoną firmę. I obecnie każda taka osoba jest bombardowana takimi pismami. Naciągacze starają się skubnąć kilka stówek. Wszystko opiera się o efekt skali.

Niestety policja nie jest w stanie poradzić sobie z tym problemem. W miejsce jednych firm wchodzą kolejne i zabawa zaczyna się od początku. Osobiście byłem zszokowany, że jednej spółce udała się rejestracja nazwy „Krajowy Rejestr Sądowy”. To tak jakby powstała spółka z o.o. o nazwie „Urząd Patentowy”.

Tak na marginesie powiem Ci, że miałem okazję odbyć dość poruszającą rozmowę z przedsiębiorcą, któremu taki rejestr zniszczył reputację i położył firmę. To był legalnie działający rejestr przedsiębiorców, który za darmo udostępniał w jednym miejscu informacje o firmach z różnych branż. Z tego co wiem, to zarabiał na reklamach. Przedsiębiorcy, którzy wykupywali pakiet premium na stronie pojawiali się w wyeksponowanych miejscach. I nagle klient zaczął odbierać dziennie dziesiątki telefonów od zbulwersowanych osób. Każda zarzucała mu oszustwo i żądała zwrotu wpłaconych pieniędzy. Szybko doszedł do tego, że powstał rejestr o identycznej nazwie, który wysyła po Polsce pisma z żądaniem opłaty. Historia tego przedsiębiorcy skończyła się źle, ponieważ musiał zamknąć działalność.

Jak się przed tym bronić? Rady będą podobne jak w punkcie 1

– Nastaw się, że zakładając firmę lub nawet prowadząc ją od kilku lat – takie pisma do Ciebie przyjdą.

– Jeżeli formalnościami przy założeniu firmy zajmował się dla Ciebie pełnomocnik – zadzwoń do niego i zapytaj czy powinieneś płacić.

– Na koniec zawsze dokładnie czytaj pisma na podstawie których dokonujesz przelewu.

– 3 –

Trzecim rodzajem wyłudzeń jest tzw. szantaż domenowy. Proceder wygląda tak, że kontaktuje się z Tobą osoba, która oferuje Ci sprzedaż lub dzierżawę kilku domen internetowych z Twoją nazwą firmy. Informuje przy okazji, że zakupem tych domen zainteresowana jest Twoja bezpośrednia konkurencja. On jednak daje Ci coś na kształt prawa pierwokupu, ale na decyzję masz ledwie kilka godzin.

I w takiej sytuacji w głowach wielu osób pojawia się obraz tego jak klienci błędnie wpisują adres domeny i trafiają na stronę konkurenta. A jako, że strach ma wielkie oczy to wyobrażają sobie jak dużo pieniędzy na tym tracą. Sam pomagałem przedsiębiorcy, który był szantażowany w dość bezczelny sposób. Szantażysta ustawił przekierowanie domeny na jego bezpośredniego konkurenta i dopiero wtedy się do niego odezwał. A domeny różniły się między sobą ledwie myślnikiem.

Mój Klient był w o tyle dobrej sytuacji, że dysponował zarejestrowanym znakiem towarowym. Dzięki temu mógł na drodze spornej odzyskać taka domenę. Po rozmowie z szantażystą ten, aby uniknąć sporu, zgodził się zrobić cesję domeny za symboliczne 10 zł.
I to jest też zarazem odpowiedz na pytanie jak się przed szantażystą bronić.

Jeżeli zarejestrujesz nazwę firmy jako znak towarowy to automatycznie chronisz domenę internetową. Dobrze jednak, aby znak towarowy był zastrzeżony w wersji słownej. W takim przypadku nie ma wątpliwości, że chronisz nazwę.

Rejestracja znaku towarowego sprawia, że konkurent nie będzie mógł posługiwać się identycznym, ale również podobnym określeniem. Nie będzie więc obejściem prawa dodanie w domenie myślnika, numeru czy sowa „bis” albo „super”. Jeżeli domena konkurenta będzie podobna do twojego znaku towarowego na tyle, że potencjalny konsument może się pomylić – dojdzie do naruszenia prawa.
I na drodze sądowej będziesz mógł taką domenę odzyskać.

Poza tym rejestracji znaku towarowego jest tańsza niż coroczne opłacanie 10-ciu czy 20 domen. Tym bardziej, że w każdej chwili ktoś może trochę pokombinować i zarejestrować taką domenę, której jeszcze nie wykupiłeś. Ja swoim Klientom tłumaczę, że warto prewencyjnie wykupić co najwyżej domeny z końcówką .pl, .com czy .eu.

Szantażyście należy z kolei od razu powiedzieć, że ma się zarejestrowany znak towarowy i konkurent nie może taką domena się posługiwać. A jeżeli to zrobi to szybko będzie ją można odzyskać. Po szczegóły szantażystę możesz odesłać do swojego rzecznika patentowego. Gwarantuje Ci, że taka osoba szybko spuści z tonu. A przynajmniej takie są moje doświadczenia.

Z drugiej strony, ja osobiście uważam, że straszenie, że domenę chce kupić Twoja konkurencja to zwykła ściema mająca wywrzeć na Tobie presję. Jeżeli konkurencja faktycznie ma w stosunku do Ciebie niecne zamiary, to na pewno rejestrator nie stanie w Twojej obronie łaskawie oferując Ci prawo pierwokupu. W swojej praktyce zawodowej nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, aby po kontakcie z szantażystą domena faktycznie zaczęła być używana przez konkurencję.

I to jest ważne co mówię, bo moi Klienci systematycznie dostają takie maile od różnych firm z Chin. Firmy te wskazują, że ktoś chce kupić chińską domeną zawierającą nazwę firmy naszego klienta i chętnie to właśnie jemu taka domenę sprzedadzą. Jeden z moich Klientów wszedł z nimi w dyskusję i otrzymał ofertę 2 tys. dolarów za domenę.

Z oferty nie skorzystał i co się stało?

Oczywiście nic się nie stało. Po kilku tygodniach domena była do kupienia za normalną kwotę.

– 4 –

Jeżeli chodzi o 4 metodę wyłudzenia to również wiąże się ona z domeną firmową. Problem jest jednak dużo poważniejszy, bo chodzi o domenę z której aktywnie korzystasz i na której być może oparty jest cały twój biznes. Pytanie brzmi: na kogo zarejestrowana jest Twoja firmowa domena?

Dlaczego to takie ważne? Ponieważ, jeżeli domena jest zarejestrowana na Twojego pracownika, wspólnika lub agencję reklamową to w przypadku konfliktu jednym kliknięciem może zostać wyłączona. A jeżeli pod domeną działa np. Twój sklep to z dnia na dzień tracisz źródło dochodu.

I właśnie to spotkało jednego mojego Klienta. Dyrektorowi w jego firmie polecono zająć się stworzeniem oficjalnej strony. Domenę zarejestrował na siebie.

Kiedy wyszło na jaw, że brał udział w defraudacji majątku spółki – w trybie natychmiastowym został z niej wyrzucony. I w tym momencie wyciągnął asa z rękawa. Zażądał 100 tys. zł za cesję domeny. Jeżeli nie to ją wyłącza. Klient oczywiście miał duże szanse, aby na drodze spornej domenę odzyskać, ponieważ miał zarejestrowany znak towarowy, ale w najlepszym przypadku zajęłoby mu to 4 miesiące. Do tego czasu jego firma mogłaby już zbankrutować.

Podobnie może się zdarzyć, kiedy domena zarejestrowana jest na agencję reklamową, z którą już nie chcesz współpracować. Agencja może zażądać opłat za dzierżawę domeny, z której korzystasz.

Jak się przed tym bronić?

Wejdź na stronę who.is i wpisz adres swojej domeny. Szybko wyświetlą Ci się informacje na kogo jest zarejestrowana. Link do tej strony znajdziesz w notatkach do tego odcinka na stronie znakitowarowe-blog.pl/012

Jeżeli dowiesz się kto jest abonentem Twojej domeny możesz się do takiej osoby odezwać z prośbą o cesję.

Dobrze, abyś z taką propozycją wyszedł kiedy między wami jest zgoda. Jeżeli pozostajecie w dobrych relacjach cesja powinna być zwykłą formalnością.

– 5 –

Na końcu chciałem Ci opowiedzieć o piątej metodzie wyłudzenia związanej z marką firmy.

Chodzi tutaj o działalność tzw. trolli od znaków towarowych. Na pewno w mediach słyszałeś o trollach patentowych.

Są to firmy, które skupują patenty po to, aby pozywać osoby ponoć je naruszające. Takie patenty skupywane są tylko w celu szantażu. Trolle od znaków towarowych działają na tej samej zasadzie. Lokalizują firmy, które działają na rynku, ale nie chronią swojej nazwy poprzez rejestrację znaku towarowego. Zresztą sprawa może dotyczyć również marki wiodącego towaru lub usługi, ewentualnie nazwy sklepu internetowego.

Lokalizując taką firmę trolle podejmują próbę kradzieży jej marki. Temu tematowi poświęciłem szósty odcinek mojego podcastu. Takie podmioty formalnie dokonują zgłoszenia cudzego znaku towarowego na siebie. W Urzędzie Patentowym panuje zasada, kto pierwszy ten lepszy. Innymi słowy ochronę dostanie ten podmiot, który jako pierwszy o nią wystąpi.

Obecnie procedura rejestracji znaku towarowego w Polsce trwa 6 miesięcy, a w UE 4 miesiące. Jeżeli Urząd przyzna ochronę na znak towarowy, wydaje świadectwo ochronne. I w tym momencie troll odzywa się do niczego nie świadomego przedsiębiorcy.

Oferuje mu możliwość odkupienia znaku lub podpisania umowy licencyjnej na jego wykorzystanie. Jeżeli szantażowana firma się nie zgodzi, troll grozi pozwem. Formalnie wcześniej może złożyć wniosek o zabezpieczenie towaru. Innymi słowy komornik w asyście policji może wejść Tobie na magazyn i na czas sporu zając towar opatrzony danym znakiem towarowym. Dla wielu firm taka sytuacja może zaburzyć płynność finansową. Ryzyko jest realne, dlatego część przedsiębiorców decyduje się na negocjacje z szantażystami.

Oczywiście kradzież marki nie jest aż tak prosta. Pomimo rejestracji znaku towarowego prawo przewiduje pewne wyjątkowe sytuacje kiedy taki znak można unieważnić. Przykładowo znak towarowy nie może naruszać praw majątkowych ani osobistych osób trzecich.

Innymi słowy, jeżeli grafik nie przekazał firmie praw autorskich do zaprojektowanego przez siebie logo, to może w przyszłości wystąpić o jego unieważnienie. O umowie na przeniesienie takich praw dokładnie mówiłem w 8 odcinku podcastu.

Możesz również próbować unieważnić znak towarowy powołując się na to, że został zgłoszony w złej wierze. Czyli przy pełnej świadomości, że takim oznaczeniem posługiwał się wcześniej inny podmiot. W tym przypadku Ty sam. Tylko znów, wszystko odbywa się w procedurze spornej, która jeżeli troll będzie się odwoływał do wyższych instancji może potrwać kilka lat.

A przez ten czas będziesz miał związane ręce, jeżeli chodzi o używanie swojej marki.

W Polsce kilka lat temu miała miejsce sprawa takiego właśnie trollingu. Choć może nie klasycznego, bo wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Jeden przedsiębiorca popełnił błąd, co szybko wykorzystał jego konkurent.

Wszystko zaczęło się od tego, że Stock Polska postanowił wprowadzić na rynek wódkę Saska. W październiku 2015 r. wystartował z oficjalną komunikacją na ten temat. Miesiąc później pierwsze partie towaru trafiły do sprzedaży.

O tych planach dowiedział się konkurent, który w pierwszym odruchu zgłosił znak towarowy SASKA do rejestracji. Jak tylko Urząd Patentowy RP mu ten znak zastrzegł, złożony został pozew przeciwko Stock Polska. W wyniku tego, w zakładzie Stocka pojawił się komornik z nakazem zabezpieczenia wyprodukowanej tam wódki.

Stock Polska miał poważny problem. Zainwestował ogromne pieniądze w produkcję i promocję wódki, a nie mógł jej sprzedawać. Każdy kolejny dzień przestoju pogłębiał straty. Dodatkowo to konkurent posiadał prawa do jej marki.

Strony przystąpiły do negocjacji i ostatecznie zawarto ugodę. W jej ramach na Stocka przeniesiono prawa do tego znaku towarowego. Choć warunków ugody nie ujawniono publicznie to jestem przekonany, że dla Stocka była to bardzo droga lekcja o ochronie marki.

Na koniec powiem Ci jak się przed tymi trollami bronić.

– Trolle wybierają sobie za cel firmy, które nie chronią swoich wiodących marek. Aby zniknąć z pola ich zainteresowania, powinieneś jako pierwszy zarejestrować swoje znaki towarowe.

– Po drugie powinieneś trzymać rękę na pulsie i monitorować jakie znaki są zgłaszane do Urzędu Patentowego. Jeżeli wykryjesz takie zgłoszenie masz 3 miesiące na złożenie formalnego sprzeciwu do rejestracji. Pamiętaj, że priorytetem powinno być niedopuszczenie do przyznania ochrony. A obecnie w ramach nowej procedury zarejestrowany może być nawet identyczny znak towarowy do Twojego.

Jako rzecznik patentowy mogę zająć się dla Ciebie zarówno rejestracją znaku towarowego jak i jego monitorowaniem. Jeżeli potrzebujesz mojej pomocy napisz do mnie na adres: mikolaj@lech.bydgoszcz.pl

Osobiście odnoszę wrażenie, że przedsiębiorcom wcale nie zależy na prowadzeniu sporów w sądzie.

Rejestrują znaki towarowe dla własnego bezpieczeństwa.

Tak jak Ci bowiem pokazałem znak towarowy z jednej strony pozwala chronić domenę internetową, a z drugiej zabezpiecza przedsiębiorcę przed kradzieżą marki.

Z mojej strony to wszystko. Życzę Ci, abyś z żadnym z tych naciągaczy się nie spotkał. A jeżeli nawet tak się stanie to będzie na te zagrożenia odpowiednio przygotowany.

Dziękuję, że zostałeś ze mną do końca tego odcinka i już teraz zapraszam Cię do kolejnego.

Cześć.

 

<< Poprzedni odcinek

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


27 Lis

Pomysł na firmę. Czy można go opatentować?

Jako, że jestem rzecznikiem patentowym, to moimi klientami są dość kreatywne osoby. Naturalnie więc proszą mnie o pomoc przy ochronie swoich pomysłów. Problem w tym, że nie wszystko da się zabezpieczyć przy pomocy Urzędu Patentowego. Z tego powodu postanowiłem, że dziś wytłumaczę Ci czy i kiedy można opatentować pomysł na firmę (biznes).

Czy można opatentować pomysł na firmę?

Uczciwie Ci powiem, że tego typu pytania dostaję dość systematycznie. Często osoby, które je zadają wymyśliły:

  • nową formę sprzedaży;
  • nowy model biznesowy;
  • rewolucyjny sposób nauczania;
  • aplikację mobilną, czy
  • produkt spożywczy.

Teraz widzą w swoim rozwiązaniu przewagę nad konkurencją i chciałyby je chronić. Naturalnie więc swoje myśli w pierwszej kolejności kierują w stronę Urzędu Patentowego.

To czy taki pomysł na firmę da się opatentować zależy od tego, czego on dotyczy. Co do zasady patenty udziela się na wynalazki. Abyś więc mógł o takiej ochronie myśleć, Twoje rozwiązanie musi spełniać wymogi ustawowe, o których piszę poniżej.

Jakie wynalazki da się opatentować?

Kwestię patentowania wynalazków reguluje w Polsce ustawa Prawo własności przemysłowej. W art. 24 wskazuje ona, że:

Patenty są udzielane – bez względu na dziedzinę techniki – na wynalazki, które są nowe, posiadają poziom wynalazczy i nadają się do przemysłowego stosowania.

Jak widzisz nie ma tutaj definicji wynalazku. Wskazane są jedynie wymogi jakie wynalazek musi spełnić, aby mógł być opatentowany.

O stworzenie takiej definicji pokusił się w jednym z wyroków Wojewódzki Sąd Administracyjny (VI SA/Wa 1163/05). Wskazał on, że:

[…] wynalazkiem jest rozwiązanie jakiegoś problemu przy posłużeniu się zdatnymi do opanowania siłami przyrody dla osiągnięcia przyczynowo przewidywalnego rezultatu leżącego poza sferą intelektualnego oddziaływania człowieka.

Tłumacząc na ludzki język:

wynalazek to techniczne rozwiązanie jakiegoś problemu.

 

Kiedy pomysł na firmę ma charakter techniczny?

Pamiętaj:

Pomysł na firmę, który opiera się na jakimś urządzeniu teoretycznie kwalifikuje się do ochrony.

Aby powiedzieć czy Twój pomysł na firmę nadaje się do opatentowania, najpierw musimy ocenić czy posiada on charakter techniczny.

Niestety również w tym przypadku przepisy nie definiują tego pojęcia. Z pomocą przychodzi więc znów orzecznictwo. W jednym z wyroków (VI SA/Wa 2014/05) sąd wskazał, że rozwiązanie ma charakter techniczny gdy:

1. dotyczy jakiejś dziedziny techniki;
2. odnosi się do zagadnienia technicznego;
3. zostało scharakteryzowane środkami technicznymi.

Nie budzi wątpliwości, że charakter techniczny posiadają rozwiązania stanowiące wytwór materialny. To też od razu informacja dla Ciebie, że jeżeli Twój pomysł na firmę opiera się na jakimś urządzeniu (lub sposobie oddziaływania na materię), to teoretycznie kwalifikuje się do opatentowania. Tylko oczywiście diabeł tkwi w szczegółach.


W powyższym wyroku sąd doprecyzował, że:

Rozwiązanie jest patentowalnym wynalazkiem o ile w obszarze technicznym jest przynajmniej jeden nowy nieoczywisty element. Jeśli wkład wynalazczy leży wyłącznie w obszarze nietechnicznym rozwiązanie należy uznać za niepatentowalne.

Ta kwestia jest szczególnie widoczna przy próbach patentowania software-u.


W czym tkwi problem z patentowaniem software-u?

Co do zasady nie patentuje się programów komputerowych ani aplikacji mobilnych jako takich. Można za to opatentować połączenie software-u z hardware-m.

Jest to wtedy tzw. wynalazek wspomagany komputerowo.

Przykładowo udało się opatentować aparat rentgenowski1 wyposażony w jednostkę przetwarzania danych. Innymi słowy – program komputerowy zarządza tutaj za pomocą komputera pracą maszyny.

Ochronie nie podlega jednak sam program, ale program i maszyna jako całość.

 
W praktyce zgłaszający starają się chronić jednak sam program komputerowy, wskazując w opisie patentowym, że jego integralną częścią jest komputer. Czasami takie rozwiązania udaje się przepchnąć, ale tylko w Europejskim Urzędzie Patentowym. Urząd Patentowy RP twardo odmawia patentowania tego typu rozwiązań.

Nasz urząd wskazuje, że software nie ma charakteru technicznego. Z kolei komputer, czy jego działanie takie jak przepływ prądu, w sposób oczywisty wynika ze stanu techniki. Takiemu rozwiązaniu brakuje więc nieoczywistych elementów.

 
W kontekście metody biznesowej, Europejski Urząd Patentowy uznał, że specjalny sposób dystrybucji towarów2 przewożonych drogą morską ma charakter techniczny.

Ten pomysł na firmę polegał na tym, że urządzenie do ważenia i pakowania w worki można było instalować na nabrzeżu. Istniała również możliwość rozładowywania towaru w portach, które nie posiadały urządzeń do rozładowywania. Urząd uznał, że cały pomysł opierał się na nowatorskim urządzeniu, więc nadaje się ono do ochrony patentowej.
 
Pomysł na firmę. Czy można go opatentować?

Pomysł na firmę – kiedy nie można go opatentować?

Jeżeli Twój pomysł na biznes nie jest związany z żadnym wytworem materialnym, to najpewniej nie uda się go opatentować. W świetle prawa, takie rozwiązania jak przykładowo:

  • szczegółowo spisany biznesplan;
  • schemat operacji handlowych;
  • metody negocjacji czy
  • sposoby uczenia języka

mają nietechniczny charakter.

Co więcej nie mogą uzyskać ochrony patentowej również takie metody działalności gospodarczej, które choć wykorzystują środki techniczne do swojej realizacji, to nie przekłada się to na jakikolwiek możliwy do zaobserwowania efekt techniczny.


Żeby w tym zakresie nie było już żadnych wątpliwości, to powiem Ci, że przepisy wyraźnie wyłączają takie rozwiązania z możliwości patentowania. Polska ustawa Prawo własności przemysłowej w art. 28 mówi, że:

Za wynalazki, w rozumieniu art. 24, nie uważa się w szczególności:

[…]

3) planów, zasad i metod dotyczących działalności umysłowej lub gospodarczej oraz gier;

Z kolei konwencja o patencie europejskim w art 52 pkt 2 wskazuje, że:

Nie uważa się za wynalazki w rozumieniu ust. 1 w szczególności:

[…]

c) schematów, zasad i metod przeprowadzania procesów myślowych, rozgrywania gier albo prowadzenia działalności gospodarczej oraz programów komputerowych;

Obecnie kwestia patentowania metod biznesowych czy też pomysłów na firmę wygląda podobnie jak patentowanie software-u. W zależności od konkretnego kraju jest bardziej bądź mniej restrykcyjnie interpretowana.

Przykładowo w Amerykańskim Urzędzie Patentowym, od końca lat 90-tych udało się opatentować wiele metod biznesowych jako takich. Obecnie w Stanach Zjednoczonych można obserwować odejście od tego bardzo liberalnego podejścia.

Przykłady pomysłów na firmę zgłoszonych do ochrony.

Przygotowując się do tego artykułu przejrzałem bazy patentowe i znalazłem interesujące wynalazki. I tak w Stanach Zjednoczonych skutecznie opatentowano grę rozwijającą inteligencję finansową CASHFLOW Roberta Kiyosakiego (US1997/020775).

Pomysł na firmę - CASHFLOW.

Kiedy jednak wniosek patentowy trafił do polskiego Urzędu Patentowego…

…ten odmówił przyznania ochrony (P.333456).

Podobny los spotkał:

  • internetowy system pośredniczenia w udzielaniu pożyczek finansowych oraz zakupie towarów i usług (P.382056) a także
  • internetową platformę biznesową (P.395667).

 
Ciekawym pomysłem na firmę, który ma szanse na patent jest taka oto opaska do snu:


 
Bazuje ona na niepatentowalnym odkryciu, że najlepiej odpoczywa się w fazie głębokiego snu. Opaska w największym uproszczeniu analizuje architekturę snu człowieka i przesyła te informacje do aplikacji na telefonie. Aplikacja z kolei wskazuje ile człowiek powinien spać, aby być najbardziej wypoczętym i w najlepszym momencie go budzi.

Opaska została zgłoszona do opatentowania w systemie krajowym i międzynarodowym.

Pomysł na firmę - NEUROON.System do zarządzania snem polifazowym, sposób jego działania, urządzenie do analizy snu, sposób klasyfikacji aktualnej fazy snu oraz zastosowanie systemu i urządzenia do zarządzania snem polifazowym. (P.406957)



To jest właśnie przykład tego o czym wspominałem już wcześniej. Jeżeli cały Twój pomysł na firmę opiera się na rewolucyjnym uprzędzeniu lub produkcie, to przynajmniej w teorii da się go opatentować.

No, ale idąc dalej, można również opatentować produkt spożywczy. Jednemu z naszych klientów pomagaliśmy uzyskać ochronę prawną na”masę bezową” (P.215592). Ponoć miała wyjątkowe właściwości smakowe.


Ponadto chronić można sposób i urządzenie do wytwarzania jakiegoś produktu.

Przykład:

Sposób i urządzenie do wędzenia produktów spożywczych, zwłaszcza pochodzenia zwierzęcego. (P.148679).

 

Czy jesteś świadomy konsekwencji uzyskania patentu?

Pomysł na firmę. Czy można go opatentować?Jeżeli myślisz o ochronie patentowej swojego pomysłu na firmę, to nie możesz zapominać o naczelnej zasadzie jaka przyświeca patentom.

Jako zgłaszający zobowiązany jesteś do szczegółowego ujawnienia istoty swojego pomysłu.

Chodzi o to, aby na podstawie opisu patentowego i rysunków ekspert z Twojej dziedziny był w stanie odtworzyć to rozwiązanie. W zamian za to, że ujawniasz swój wynalazek światu, państwo daje Ci na niego monopol prawny.

Patent co roku przedłużany może trwać 20 lat.

Jeżeli wygaśnie, rozwiązanie wchodzi w stan techniki. A to oznacza, że każdy będzie mógł z niego legalnie korzystać. I o to też w patentowaniu chodzi.

Wynalazca otrzymuje czasową przewagę nad konkurencją, ale w dłuższym okresie czasu społeczeństwo na tym zyskuje.

Wynalazki, które wygasły stanowią fantastyczną bazę wiedzy. Wiedzy, która gdyby nie ogólnodostępne opisy patentowe, ukrywana byłaby przez przedsiębiorców.



Ciekawostka:

Niektóre firmy nie zdecydowały się na patentowanie swoich flagowych produktów właśnie z powodu tego, że musiałyby ujawnić szczegółowo ich skład.

Przykładem jest:

  • receptura napoju Coca Cola;
  • panierka do kurczaka KFC, czy
  • skład popularnego środka smarującego WD-40.

Te kluczowe informacje są chronione w ramach tajemnicy przedsiębiorstwa.

Osobiście uważam, że obecny system patentowy jest dobry. Wymóg aby wynalazek posiadał charakter techniczny chroni przed nadmierną monopolizacją rynku. I trzeba na to spojrzeć szerzej, z punktu widzenia wszystkich uczestników tego rynku.

Gdyby każdy pomysł na firmę można było łatwo opatentować, szybko sparaliżowałoby to rynek.

No bo zobacz, przy założeniu, że Skype był pierwszym komunikatorem internetowym, to żadna konkurencja nie mogłaby się rozwinąć. Podobną analogię można zrobić do Facebooka jako portalu społecznościowego czy Allegro jako serwisu aukcyjnego.

Tymczasem w każdej z tych branż jest większa bądź mniejsza konkurencja. Zatrudnienie otrzymuje wiele osób i korzysta na tym końcowy nabywca towarów lub usług. Jeżeli o jego uwagę i pieniądze konkuruje wiele firm, to jakość wzrasta, a cena maleje.

A przynajmniej tak powinna działać niewidzialna ręka wolnego rynku.


Podsumowanie:

  • Nie każdy pomysł na firmę da się opatentować.
  • Masz szanse na taką ochronę, jeżeli Twój pomysł na firmę opiera się o jakieś urządzenie lub sposób oddziaływania na materię.
  • Teoretycznie można opatentować opaskę ułatwiającą sen jak i sposób wydobywania gazu łupkowego.
  • Nie patentuje się metod biznesowych jak i software’u, ponieważ rozwiązania te mają nietechniczny charakter.
  • Patent sukcesywnie przedłużany może trwać 20 lat.

Źródła:

1 – M. du Vall, Prawo patentowe, Warszawa 2008, str. 161.
2 – Ibidem, str. 165.

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”