Slider

Zapraszam Cię do odsłuchania mojej rozmowy z Jordanem Ogorzelskim. Jordan jest właścicielem Calistenics Academy, czyli największej organizacji kalisteniki w Polsce. Od wielu lat jest on również czynnym sportowcem z międzynarodowymi sukcesami. Z Jordanem znamy się dobrze. Miałem okazję obserwować jego początki biznesowe i przeszkody jakie na przestrzeni lat pokonywał. To dzięki niemu pojechałem do Hongkongu.

Kibicowałem mu wtedy w zawodach, które zresztą wygrał 🙂

W naszej rozmowie tematyka jego drogi biznesowej zajmuje dużą część. Ja jednak chciałem, aby do tego wywiadu doszło z jeszcze jednego powodu. Jordan jest przykładem przedsiębiorcy, który skupił się na budowaniu biznesu, odsuwając, w bliżej nieokreśloną przyszłość, sprawę prawnej ochrony marki. Tymczasem, kiedy jego klub zaczął się świetnie rozwijać, osoba, z którą wcześniej współpracował podjęła próbę przejęcia marki Calisthenics Academy.

Dla wszystkich to był szok. Oznaczało to bowiem konieczność wejścia na drogę sądową. Na szczęście dzisiaj, tamte wydarzenia to już historia.

O ich szczegółach opowie Ci sam Jordan.

PS.: Oto pokaz jego umiejętności:

W tym odcinku usłyszysz:

  • Co zainspirowało Jordana do trenowania kalisteniki.
  • Jakie były początki Calisthenics Academy.
  • Jaką filozofią kieruje się w biznesie Jordan.
  • Dlaczego firmie potrzebny jest księgowy i prawnik.
  • O błędach, które popełnił jako przedsiębiorca.
  • Historię próby przejęcia jego marki.
  • O czasie i energii, którą musiał poświęcić na spór sadowy.
  • O tym co go ta historia nauczyła.

Artykuły, które uzupełnią wiedzę z podcastu:

 

Zostaw mi komentarz.

Jeżeli po przesłuchaniu podcastu nasunęły Ci się jakieś pytania, śmiało podziel się nimi w komentarzu. Chętnie na nie odpowiem. Napisz mi również, jeżeli chciałbyś, abym jakimś tematem zajął się w kolejnych odcinkach.

Pomóż mi w promocji tego podcastu.

Jeżeli uważasz, że dzielę się wartościową wiedzą, pomóż mi dotrzeć z podcastem do większego grona ludzi. Możesz link do niego podesłać swoim znajomym lub wrzucić na Facebooka. Będę wdzięczny, jeżeli zostawisz ocenę lub recenzję:

Oceń podcast „Prawna Ochrona Marki” <-


Dzięki temu mój podcast będzie w rankingach iTunes i słuchacze łatwiej na niego trafią.

Transkrypt podcastu:

Transkrypt podcastu Jak zbudować pionierski klub sportowy i prawie stracić prawa do marki w postaci pliku PDF.

Ze spisaną treścią rozmowy możesz się zapoznać również poniżej.

 

Witam Cię w dziewiątym odcinku mojego podcastu. Dziś będę rozmawiał z moim dobrym znajomym Jordanem Ogorzelskim, który jest właścicielem Calisthenics Academy, największej organizacji kalisteniki w Polsce. Pomimo młodego wieku Jordan jest utytułowanym sportowcem, jeżeli chodzi o zawody kalisteniki i tzw. street workoutu na świecie. Kawał świata już zwiedził.

Zajął 1. miejsce w eliminacjach do pucharu świata RPA w 2014 r. To pozwoliło mu zakwalifikować się do superfinału pucharu świata w Oslo, gdzie zajął świetne 10. miejsce. W kolejnym roku zdobył najpierw 2. miejsce w eliminacjach, które odbywały się wtedy w Dubaju, a później zwyciężył w Hongkongu. Kiedy ponownie wziął udział w superfinale pucharu świata, tym razem w Moskwie, otarł się o podium – zajął 5. miejsce. Jednym słowem, Jordan zbudował dużą firmę na swojej pasji. Zaprosiłem go do rozmowy nie tylko dlatego, że imponuje mi jego przedsiębiorczość – Jordan jest przykładem przedsiębiorcy, któremu konkurent w pewnym momencie próbował ukraść markę. Jak ta historia się skończyła, usłyszysz za chwilę bezpośrednio od niego.

Witam cię bardzo serdecznie, Jordanie. Cieszę się, że zgodziłeś się na wywiad.

Cześć, Mikołaj.

We wstępie powiedziałem, że odnosisz liczne sukcesy nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej. Cytuję również twoje słowa: że stworzyłeś największą organizację kalisteniki w Polsce. Przyznaj się teraz: ile osób aktualnie u ciebie ćwiczy?

Dokładnej liczby nie chcę podawać, ale mógłbym powiedzieć, że jest to liczba ok. 500 osób, która w chwili obecnej ciągle rośnie.

To są ogromne liczby. Ja wiem, czym jest kalistenika. Przyznam się też słuchaczom, że u Was ćwiczę. Ty doskonale wiesz, bo to jest Twoja pasja, ale powiedz słuchaczom, czym jest ten sport.

Żeby wytłumaczyć Wam jak najprościej: są to ćwiczenia ogólnorozwojowe, które zapewne wszyscy dobrze znacie, jak pompki, przysiady, brzuszki czy podciągnięcia w wielu najróżniejszych modyfikacjach.

Tylko jest trener, który ciśnie.

Oczywiście że tak, musi być 🙂

Czyli teoretycznie można to zrobić samemu, ale w praktyce chyba mało kto będzie systematycznie tak dobrze ćwiczył sam.

Jest na pewno trudniej.

Twój klub oficjalnie powstał w październiku 2012 r., czyli faktycznie niedawno świętowałeś czwarte urodziny. Powiedz mi, jak to się zaczęło, dlaczego w ogóle zacząłeś interesować się tym sportem?

Tak jak powiedziałeś, na ten sport natrafiłem w 2012 r. I w sumie to był przypadek, chociaż mówią, że takich nie ma. Pewnego dnia tata dał mi czasopismo, na którego okładce był prekursor tego sportu w USA, Hannibal For King. Kiedy je otrzymałem, oczywiście zaintrygowało mnie. W środku na cztery strony wywiad z nim. Potem włączyłem komputer, internet, przeczytałem kilka artykułów, obejrzałem kilkadziesiąt filmików na YouTubie. I w sumie tak to się zaczęło. Następnego dnia poinformowałem mojego znajomego i poszliśmy na boisko do naszej starej szkoły, aby rozpocząć pierwszy trening, podciągając się na starej bramce piłkarskiej.

Ja o tym człowieku już słyszałem, oczywiście też widziałem jego filmy, ale czy to nie jest tak, że on zainspirował nie tylko ciebie, ale w ogóle całą branżę, tworząc ten sport?

Myślę, że zdecydowanie można tak powiedzieć, na pewno nie jestem jedyny, który został zainspirowany przez niego, tak jak mówisz. Nie pamiętam, ile milionów wyświetleń mają jego filmiki, natomiast bardzo wielkie liczby świadczą o tym, że zainspirował więcej osób niż tylko mnie, więc w tym na pewno zgadzam się z tobą.

Ma tego świadomość?

Myślę, że tak.

Ile miałeś lat, jak zaczynałeś?

Były to wakacje po maturze, więc miałem 19 lat, kiedy rozpocząłem to wszystko.

To jest ważne w kontekście tego, gdzie jesteś teraz. Minęły cztery lata, masz 23 lata i klub, który ma ok. 500 członków. To robi wrażenie, powiem ci szczerze. My osobiście poznaliśmy się na jednym z twoich treningów, kiedy w ogóle zacząłeś to wszystko rozwijać, był wtedy grudzień 2012 r. Ciekawi mnie, czy pamiętasz, jakie miałeś wtedy cele, co chciałeś osiągnąć? Co miał w głowie człowiek, który był po maturze i rozkręcał biznes?

Nie wiem, czy można nazwać to rozkręcaniem biznesu, ale jeżeli tak o tym mówimy, to oczywiście tak to profesjonalnie nazwę. Natomiast śmieję się, bo jest to zabawne. Każdy z nas wie, jak z roku na rok zmieniają się jego myśli, jego cele, postrzeganie świata i przede wszystkim świadomość czegokolwiek. To samo działo się w moim przypadku, zwłaszcza że miałem aż 19 lat. Sprawa wyglądała następująco: samą Calisthenics Academy założyliśmy w trzy osoby. Kiedy podciągaliśmy się w trójkę na tej starej bramce piłkarskiej, to pewnego dnia porozmawialiśmy sobie i postanowiliśmy: „Zróbmy na tym biznes”. „No dobra, robimy”. I prawdę mówiąc, w tych dwóch zdaniach są nasze wszystkie cele, marzenia. To jest nasz cały biznesplan. Na tym się zaczęło, na tym się skończyło. Przez kolejnych kilka miesięcy nie było zupełnie nic.

Czyli nawet nie mogłeś przewidywać, co będzie później.

Po prostu podobało nam się to, co robimy. Chcieliśmy zrobić coś więcej, tak naprawdę nie wiedząc nawet co. Ale „co”, to już sprawa drugorzędna.

Później zaczęliście to bardzo dobrze rozwijać. Osób uczęszczających na treningi było coraz więcej. W którym momencie poczułeś, że tworzysz coś większego, że to już przestaje być zabawą młodych ludzi, a robi się prawdziwy biznes? A może były jakieś takie okresy przełomowe?

Ja zawsze powtarzam, że ciężko jest znaleźć jeden krytyczny punkt, bo w moim odczuciu zawsze są jakieś okresy przełomowe. Jednym z nich było to, jak własnoręcznie wybudowaliśmy za 300 zł drążek na naszym starym boisku szkolnym i tam zaczęliśmy się podciągać. Kolejnym punktem milowym było przejście do fitness klubu jednego ze współzałożycieli i tam rozpoczęcie treningów. Innym było wybudowanie największego ówczesnego w Polsce placu do kalisteniki. I tych punków jest dużo, dużo. Natomiast tym, który pamiętam najbardziej, który myślę, że naprawdę zmienił mi w głowie, oczywiście na plus, i dzięki któremu wszystko wkroczyło na znacznie poważniejsze tory, był mój udział po raz pierwszy z zawodach międzynarodowych. Były to mistrzostwa świata w 2014 r. w Moskwie. Jak to się mówi, „podróże kształcą”, a ta ukierunkowała mnie bardzo. Kiedy wróciłem, byłem zupełnie innym człowiekiem i myślę, że wtedy wszystko zaczęło się na poważnie.

Czyli zacząłeś z dwoma kolegami podciągać się na drążku. Tak to się rozwinęło, że w którymś momencie pojechałeś do Moskwy, RPA, Dubaju, razem byliśmy w Hongkongu – więc to jest wyjaśnienie, skąd mam te ciekawe nagrania z Hongkongu, kibicowałem Jordanowi i widziałem jego zwycięstwo. Uważam, że to jest pasmo samych sukcesów. Powiedz, kiedy ta sielanka się skończyła?

Był taki punkt kulminacyjny. Miał on miejsce we wrześniu 2013 r. Natomiast żebym mógł dokładnie wytłumaczyć, co dokładnie było tym punktem kulminacyjnym, muszę się cofnąć troszeczkę wstecz i pokrótce przybliżyć naszą historię. Oczywiście byliśmy młodymi chłopakami, którzy rozpoczęli działalność biznesową. Wtedy nie można było tego nazwać biznesem, ale coś w tym było. Robiliśmy coś więcej, bo zaczęły pojawiać się pieniądze, więcej obowiązków.

Na początku było nas trzech i wspólnie pracowaliśmy, ale w pewnym momencie przed tym wrześniem jeden ze współzałożycieli, zaczął się od nas odsuwać. I tak jak na początku było nas trzech, to w pewnym momencie już tylko dwóch. Byliśmy akurat wtedy w okresie budowy największego placu do kalisteniki w Polsce. To był nasz cel i marzenie, to, na czym nam najbardziej zależało. I udało nam się ten plac wybudować.

Natomiast to właśnie jest ten punkt kulminacyjny: budowa oraz otwarcie placu spowodowały takie sytuacje, które dzieją się w życiu, czyli kiedy jest największy sukces, często zdarzają się również największe problemy, może nie upadek, ale pstryczek w nos. I właśnie po tym otwarciu na całe miasto, na które przyszło bardzo wiele osób, następnego dnia przez cały tydzień i miesiąc przychodziło bardzo wiele nowych osób do naszego klubu. I wtedy pojawiły się problemy.

To był ten moment, kiedy otworzyliście plac i zaczęło chyba ze 100 osób u was ćwiczyć. Pojawiła się taka liczba, że właściciele tego klubu po prostu otworzyli oczy ze zdumienia, co się dzieje.

Tak. I co ja też zapamiętałem, to w momencie kiedy zaczęła u nas ćwiczyć tak duża liczba osób, to pojawiła się ze strony właścicieli tego klubu niska satysfakcja z zysków. Prawdopodobnie przez to zaczęły się te problemy. Z uwagi na chęć większych zysków błędnie podpisaliśmy na miejscu umowę, przez którą w tamtym czasie wkroczyliśmy w swoje pierwsze firmowe długi.

Idąc dalej, postanowili nas ze sobą skłócić, rozdzielić, odsunąć mnie od Adriana. Ostatecznie tak było, że Adrian nie miał do tego klubu wstępu i mogłem być w nim tylko ja. W momencie kiedy byłem sam, oczywiście właściciele poczuli, że jestem osłabiony, zaczęły się rozmowy. Jedna, druga, trzecia, czwarta. Rozmowy, podczas których próbowali mnie nakłonić do tego, że warto współpracować z nimi, a lepiej, żebym zostawił Adriana.

To był ciężki okres, bo była to pierwsza w życiu sytuacja, kiedy spotkałem się z takim natężeniem, naciskiem rozmów, które nie uchodziły płazem, zostawały w mojej głowie przez długi czas. Natomiast mimo to nie dałem się i postanowiliśmy razem z Adrianem opuścić tamto miejsce treningowe i znaleźć nowy lokal.

Nie było to łatwe, bo właścicielka robiła nam dość dużo pod górkę. Dlatego dłuższą chwilę zajęło nam znalezienie odpowiedniej sali treningowej, ale ostatecznie udało się to zrobić i zrezygnowaliśmy z ciepłego, pewnego miejsca, które przede wszystkim klubowicze znali.

Jak to było? Miesiąc, półtora minęło od momentu, kiedy otworzyliście plac, i koniec, to miejsce już spalone.

I prawdę mówiąc, mieliśmy ten plac tylko przez miesiąc, półtora. I tak to się skończyło. Przeszliśmy na salę gimnastyczną, na której nie było żadnego sprzętu. Musieliśmy zacząć sobie radzić w zupełnie nowej i odmiennej sytuacji.

Ja towarzyszyłem temu, byłem tam, pomagałem wam, na ile było to możliwe. Więc doskonale to wszystko pamiętam. Wszyscy klubowicze się zjednoczyli wokół was. Nikt tam nie został. Wszyscy powiedzieli, że idą za wami. Tak więc było ogromne wsparcie i poczucie, że budujemy coś swojego, coś, co ktoś chce nam odebrać.

Natomiast ta historia miała swoje dalsze reperkusje, ponieważ, jak pamiętasz na pewno dobrze, ja do was zadzwoniłem w nowym roku i zamiast składać życzenia, przekazałem bardzo złe informacje. Otóż dopiero wtedy w rejestrach Urzędu Patentowego pojawiła się informacja, że właścicielka tego klubu, zgłosiła wasz znak towarowy, wasze logo do Urzędu Patentowego. Wytłumaczę, dlaczego od września, kiedy pojawił się ten konflikt, do stycznia nie było tego widać. W tamtym stanie prawnym Urząd Patentowy publikował te informacje dopiero po trzech miesiącach. Ta informacja się pojawiła chyba dokładnie 26 albo 28 grudnia, a my od razu to wyłapaliśmy. I było: „Słuchajcie, chłopaki, to, że zmieniliście miejsce ćwiczeń, to nie wszystko, będziemy tutaj musieli bić się o znak towarowy”. I jak popatrzyłem sobie na tę datę, to to było wszystko pięknie zaplanowane, ponieważ ta cała akcja z wyrzuceniem Adriana z klubu miała miejsce 8 albo 9 września, natomiast z dokumentów, które udostępnia Urząd Patentowy, widać, że zgłoszenie miało miejsce 5 września. Plac był otwarty w ogóle 1 września. Więc otworzyli, zobaczyli, ile ludzi przyszło, jaki to ma ogromny potencjał, ile wy w to zainwestowaliście, tak naprawdę również emocji, po czym, kiedy była zgoda, sami zgłosili znak towarowy. Trzy dni później wyrzucili Adriana. Próbowali cię tutaj jakoś do siebie przyciągnąć, to się nie udało. I byliśmy w takiej sytuacji, że jeżeli dostaną ochronę, to mogą zakazać wam posługiwania się waszym logo, które wtedy już po ponad roku było naprawdę bardzo dobrze rozpoznawalne. I nad nami zaczęło wisieć widmo sporu. Pamiętasz, że jak na początku była was jeszcze trójka, to wam mówiłem: „Słuchajcie, logo jest świetne, biznes się rozwija, rejestrujcie ten znak towarowy”.

Doskonale ten moment pamiętam, bo wydaje mi się – chociaż pewny nigdy nie będę – że ten moment był kluczowy. Jak jeszcze siedzieliśmy wtedy w czwórkę na sali, właśnie z tobą, Mikołaj, to przedstawiałeś nam zalety zarejestrowania znaku. I co? I jak się potem okazało, kiedy zakończyliśmy współpracę i on przestał z nami działać, to zapamiętał tę informację, przekazał rodzicom, co z kolei spowodowało, że o dwa tygodnie szybciej niż my zarejestrowali ten znak, zgłosili go do ochrony.

Była taka sytuacja, że zadzwoniliście, co się dzieje. Po prostu wierzyć mi się nie chciało. I mówicie: „Słuchaj, szybko zgłaszamy ten znak”, i zgłosiliśmy, natomiast… …

było już za późno w pewnym sensie.

Wyprzedził was. Jeżeli możesz cofnąć się do początku 2014 r., to czy brałeś pod uwagę to, że ja ci powiedziałem, że jeżeli tego sporu nie wygramy, bo taki się przed sądem szykował, to będziecie musieli zmienić waszą markę, odejść od niej?

Oczywiście, że takie myśli przechodziły mi przez myśl, bo jeżeli to są fakty, to z nimi się nie dyskutuje. Natomiast oprócz tego, że przechodziło mi to przez myśl, to nic więcej się z tym nie działo. Nie dopuszczałem do siebie takiej myśli. Byłem w tamtym czasie przekonany, że bez względu na postępowanie sądowe i pozew, który będziemy zmuszeni wytoczyć – o czym prawdopodobnie za chwilę powiesz – to i tak ten znak, to logo ostatecznie będzie naszą własnością z prostego powodu, że byłem współautorem tego znaku, a to jest bardzo ważne.

Właśnie, bo to jest taka kwestia, o której będę mówił, że nie można zarejestrować znaku towarowego, który narusza w świetle prawa prawa osób trzecich, w tym przypadku prawa autorskie. Tak więc ta osoba, która zgłosiła ten znak towarowy, tak naprawdę zgłosiła logo, które jest utworem, a do którego nie ma praw. Więc pozostała kwestia tego, kto jest autorem tego logo. Mówisz tutaj, że razem z Adrianem jesteście współautorami. Wiem, że ty fizycznie tam rysowałeś, on się z tobą konsultował, jak to wszystko popoprawiać, i te wszystkie dowody, które wtedy były, znajdowały się na twoim komputerze. Natomiast problem z prawami autorskimi – o czym ja bardzo często mówię na swoim blogu – jest taki, że tego się nigdzie nie rejestruje. Stworzyłeś, wydrukowałeś, wysłałeś mailem czy na Facebooku do wszystkich znajomych z jakąś prośbą o opinię. Natomiast nigdzie nie ma fizycznie takiego śladu, że to ty razem z Adrianem stworzyliście to logo. Więc dopiero musieliście wnieść pozew do sądu m.in. o ustalenie, kto jest autorem. W kontekście tego, że dopiero mając potwierdzenie, kto jest twórcą, możecie działać w Urzędzie Patentowym, próbować np. albo sprzeciwić się do rejestracji znaku, albo unieważnić. Ja też pomagałem na każdym etapie. Bardzo się identyfikowałem z tym, co robicie. I pamiętasz, jak zbieraliśmy te wszystkie dowody, których nie było dużo. Nie było takich dowodów przekonujących. Wy wiecie, że macie rację, ale co z tego, jeżeli ja nie dostanę dowodów, to po prostu nie wykażę, że jesteście twórcami. Opowiedz historię z informatykiem śledczym.

Faktycznie, tych dowodów nie było za wiele, albo może nawet i było ich dość dużo, ale nie były one dowodami, które wskazują na 100% pewności, że to właśnie my jesteśmy autorami. Było wiele grafik, wiele rysunków. Ale co się okazało: poszliśmy do informatyka śledczego. Przed rozprawą miał on komputer z moim dyskiem, gdzie znajdowały się te wszystkie dane, dokumenty, wszystkie pliki robocze. Po co? Po to, żeby potwierdzić, że to właśnie na tym komputerze, tego dnia, to właśnie u mnie, na moim programie, w tej dacie, że to było zrobione. I co się okazało? Znalazł te pliki. Te pliki oczywiście były, ale jak to pech chciał, okazało się, że zapisałem pliki w tym formacie, w którym nie da się ustalić daty wytworzenia pliku, i tego dowodu nie można uznać jako pewniak. No wyobrażacie to sobie? Masakra.

On chyba potwierdził, że jest 100 formatów, a ty, człowieku, wybrałeś ten, który nie zapisuje daty.

A ja wybrałem akurat ten, w którym nie można jawnie, jasno ustalić daty. Masakra jakaś. Natomiast osiem stówek poszło. Cóż, życie. Uczymy się na błędach.

Byłoby idealnie, gdyby taki dowód pojawił się z datą pewną, ten informatyk byłby w stanie to wyciągnąć, aczkolwiek w tym momencie powiedział, że nie da się tego przeskoczyć. Więc musieliśmy sobie radzić w inny sposób. Powołaliśmy szereg świadków, dowody jakieś z internetu, bo to, że ty stworzyłeś, miałeś to na dysku, to jedno, ale zacząłeś tak naprawdę do wszystkich to rozsyłać. Więc to już był jakiś ślad tego, że to z twojej strony te pliki z pierwszą datą zaczęły wychodzić. Powiedz mi, ile ten spór trwał? To był rok?

To był cały 2014 r. Na początku oczywiście zebranie dowodów, zrozumienie sprawy, zebranie świadków, przygotowanie plików, jedna, druga, trzecia rozprawa, zeznania. To nie jest jakiś wielki problem, prawdę mówiąc, mały, ale mimo niezbyt wielkiego problemu postępowanie trwało rok czasu, pieniędzy, a przede wszystkim, co najgorsze, rok energii, która mimowolnie i tak była skierowana na tę sprawę, na to logo, na tę rozprawę. I mimo że człowiek chciał się zająć rozwojem, to zawsze gdzieś z tyłu głowy była ta myśl, że nie do końca można, bo coś tam ciągle ciąży. Nie chcę mówić, że to był rok w plecy, ale na pewno ten rok można było wykorzystać znacznie lepiej.

Sporo energii nam to wyciągnęło, bo zamiast skupiać się w 100% na rozwoju firmy, tak naprawdę gdzieś z tyłu było: a co się stanie, jak nie wygramy? Więc bardzo niekomfortowa sytuacja.

Zdecydowanie czułem się niekomfortowo i to jest trafne określenie, bo jak wspominaliśmy, brakowało tego spokoju, który by pozwalał na dalsze działanie i rozwój. Nie liczę oprócz tego emocji prywatnych, osobistych. Bo tak jak mówiłem, z tamtą rodziną znaliśmy się wiele lat, a mimo to rozprawa skończyła się w sądzie. Więc to inna kwestia. Natomiast ona też jest ważna i wpływa na mnie, na człowieka, a co za tym idzie – na moje myśli, uczucia i dalszą możność bądź niemożność pracy nad firmą.

Jak to się wszystko skończyło?

Oponenci do samego końca upierali się przy swoim. I pamiętam, że to była ostatnia rozprawa, na której ja składałem swoje zeznania. I kiedy je złożyłem, było to dość miażdżące, powiem nieskromnie. Dlatego w tamtym momencie zaproponowali nam ugodę.

Chyba pięć osób było przesłuchiwanych, tych dowodów się tyle zebrało, że jednak świadczyły na waszą rzecz, choć nie było tego idealnego, który by przeważył. Jakbyś stworzył logo, poszedł do notariusza, oświadczenie, że jesteś twórcą, i do szuflady – toby było idealnie. Ale kto normalny to robi?

Tamte dowody, świadkowie, których było pięciu albo sześciu, wszystkie pliki, które przygotowaliśmy, to miało ogromne znaczenie, bo jak to się mówi, „grosz do grosza”. Zapytałeś, jak to się zakończyło. Więc na tej ostatniej rozprawie, na której to wszystko się sfinalizowało, poprosili nas o ugodę. My ją przyjęliśmy. Uznali nas w niej za twórców, stwierdzili, że wycofają to swoje zgłoszenie.

Tak naprawdę osiągnęliście wszystko, co chcieliście. Bo jak ich znak towarowy, który był zgłoszony, został wycofany, to tak naprawdę jedyna przeszkoda do rejestracji została usunięta. I kamień z serca spadł?

Zdecydowanie kamień z serca spadł. Nie da się ukryć.

Wcześniej mówiłeś, jak rozmawialiśmy, że poczułeś się silny. Ile wtedy miałeś lat? 20? Młody chłopak.

Około 20–21 lat.

I wygrałeś z biznesmenami, bo oni byli bardzo doświadczeni.

Zarówno ja, jak i Adrian byliśmy dużo młodsi, mniej doświadczeni, mieliśmy mniej środków. Ogólnie wychodziliśmy ze słabszej pozycji. Obiektywnie byliśmy pod wieloma względami słabsi, natomiast tak czy siak wyszło na nasze. I może nie od razu, nie po chwili, nie w tamtym momencie, kiedy ta ulga przyszła, bo wtedy tylko człowiek skupiał się na tym, że fajnie, że już tego nie ma. Natomiast później zdałem sobie sprawę, że poczułem się silny, bo mimo przeszkód, które były, trudów i oponenta, który po drugiej stronie miał więcej możliwości, siły i doświadczenia, to i tak my, młodzi chłopacy, postawiliśmy na swoim. I to naprawdę buduje, ale z drugiej strony też pokazuje, że trzeba walczyć o swoje. I też zbudowało mnie to, że cieszę się dzisiaj, że miałem jaja, żeby stanąć w sądzie, walczyć o swoje, uprzeć się i ostatecznie wygrać to, co inne osoby chciały mi odebrać.

Wiesz, że tego sporu mogło nie być?

Wiem. „Mikołaj, kiedy? Tak jest”.

Ja zawsze powtarzam słowa mojego dziadka, że doświadczenia uczą, że nieszczęścia zdarzają się innym, więc mnie to nigdy nie spotka. Zresztą cała ta nasza rozmowa jest po to, żeby pokazać realny przykład osoby, której się udało. Ale gdybyś nie miał tych dowodów, to choć miałbyś rację, to…

Liczy się pierwszeństwo zgłoszenia i nic bym z tym nie zrobił.

Byłoby szalenie trudno to zrobić. I może to tak filmowo jest, że mam rację, to wygram. Tak, ale jeszcze musisz mieć dowody na to, że masz rację. Spór się zakończył. Powiedz, co się od tego czasu zmieniło? To był koniec 2014 r.

To była mniej więcej końcówka 2014 r. I spór zakończył się, był trudny, był to ciężki okres, ale to, co trudne, uczy nas najwięcej. I na pewno z tego się wyciąga wnioski. To jest jedna sprawa, ale druga jest taka, że jak jest problem, to nam ciąży. Kiedy on się kończy, wtedy zyskujemy spokój i możemy się skupić na tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Tak jak to było w przypadku Calisthenics Academy. Był to okres, kiedy rozpoczęły się wyjazdy na moje zawody międzynarodowe. Więc zaczęły się podróże po świecie. Już przestaliśmy wynajmować salę w gimnazjum, gdzie płatność była za godzinę i przez cały rok musieliśmy przed treningiem składać sprzęt do treningu, przeprowadzać trening, po treningu ten sprzęt rozkładać. Postanowiliśmy wynająć swoją salę, która ma powierzchnię 300 m2. Chwilę później wynajęliśmy drugą również na własność, która ma powierzchnię 600 m2. Zakończenie tego sporu, zostawienie go za sobą, połączenie tego z tym, co już mówiłem, że podróże kształcą, dało naprawdę spokój i szersze spojrzenie na rzeczywistość, która dała dość dużego kopa do rozwoju, czego efektami chociażby są dwa wcześniej wymienione lokale.

Jak wcześniej rozmawialiśmy, ty powiedziałeś o tym, że wyjazd za granicę, poznanie tam nowych ludzi, jak oni robią biznesy, sprawiło, że twoje horyzonty się poszerzyły. Minęło pół roku i mieliście łącznie 900 m2 sali treningowej.

Ja uważam osobiście to za coś naprawdę wspaniałego. Do tego podróżowanie, nawet nie chodzi o to, żeby teraz wylecieć do Australii na dwa tygodnie. Warto odciąć się od tego, co się robi tutaj, teraz, dzisiaj, gdzieś pojechać, polecieć. I na to, co robisz teraz, nie patrzeć z perspektywy siedzenia w fotelu, tylko z dalszej perspektywy. Spojrzeć szerzej. Poszerzyć swój horyzont, zobaczyć inaczej. Zrozumieć, jak myślą, jak działają, co robią inni ludzie, i wtedy naprawdę nasza rzeczywistość, a co za tym idzie – przyszłość, rysuje się zupełnie inaczej. Zaczynamy zmieniać swoje myślenie. To jest świetne, na tym to polega. Tylko i wyłącznie tak możemy się rozwijać.

Ja bym powiedział, że to jest takie poszerzenie horyzontów. Ty się cieszysz, że masz salę na godzinę, a ktoś jakieś ogromne kluby robi i rozmawiasz z nim, to po prostu widzisz, że może byłeś gdzieś tam ograniczony, tak bym to określił.

Zdecydowanie jest to poszerzanie horyzontów. Lepiej bym tego nie nazwał.

Ja ciebie uważam za bardzo doświadczonego przedsiębiorcę. Co prawda to tylko cztery lata, ale obserwując waszą pracę, widziałem, że doświadczyliście bardzo wielu dobrych i złych rzeczy. I gdybyś mógł powiedzieć: jakie błędy popełniłeś przez te cztery lata i co byś zmienił?

Pierwszym, oczywiście najbardziej jaskrawym przykładem, o którym już wcześniej mówiliśmy, jest zbyt późne zastrzeżenie naszego znaku towarowego, naszego logo. Bo gdybyśmy zrobili to szybciej, to nie dopuścilibyśmy do sytuacji, w której prawa własności tego znaku mogą być zagrożone. Ostatecznie na szczęście udało mi się go zachować. Ale co by było, gdyby…? Mogłem go nie mieć, gdyby nie było dowodów. Gdybyśmy zrobili to szybciej, problem by nie istniał. Więc to jest wstęp do punktu, który – moim zdaniem – jest jednym z dwóch bardzo ważnych w prowadzeniu działalności gospodarczej wszelkiego rodzaju: przedsiębiorcy powinni mieć abonament u prawnika i u księgowej. To jest dowcip, ale jest w nim ziarnko prawdy. Tutaj tego ziarnka nie ma, tylko jest tona prawdy, bo na tym to dokładnie polega. Prawo, księgowość to są dziedziny biznesu, które są szalenie potrzebne, które nie każdy przedsiębiorca samodzielnie musi rozumieć. Bo właśnie od tego jest prawnik i księgowa. Bo nie można być specjalistą we wszystkim, ale warto się spytać specjalistów. Jeżeli sam czegoś nie wiesz, to pytaj się specjalistów, bo od tego oni są i na pewno ci pomogą, a jeżeli ci pomogą, to mogą cię zabezpieczyć. Chociażby na przykładzie naszej swego czasu umowy, którą podpisaliśmy od razu, ot tak, którą czuliśmy, że jest zła, a nasz brak doświadczenia, asertywności nie pozwolił nam powiedzieć: „Nie, zaczekamy”, tylko ją podpisaliśmy. Dlaczego nie spytaliśmy się prawnika? Dlaczego nie zadzwoniłem do Mikołaja, żeby zapytać się go w tamtym momencie? Dlaczego nie zapytałem: „Mikołaj, co mam zrobić?”.

Ale dodam: po tej historii już zawsze się pytałeś.

Człowiek uczy się na błędach.

Trochę cię to kosztowało. Ja też uważam, że wiele rzeczy można zrobić samemu, ale w momencie kiedy w grę wchodzą jakieś takie większe pieniądze…

I duże zobowiązania.

Porada prawna może kosztować ok. 200 zł, analiza jakiejś umowy – może trochę więcej.

A jaka to może być oszczędność. To mogą być tysiące złotych.

Tak jak to było u nas.

Oczywiście, tak jak to Mikołaj powiedział, pewne rzeczy można zrobić samodzielnie. Natomiast trzeba zdać sobie sprawę, że jeżeli robię to samodzielnie, to w razie jak coś mi się nie uda, jakie konsekwencje mogę ponieść. Prawie żadne. OK, mogę sobie spróbować, ale jeżeli to zrobię samodzielnie i mi się nie uda, to konsekwencje będą kolosalne. To nie rób tego sam. Zapytaj się specjalisty, bo to jest dużo mądrzejsze, a przede wszystkim – bezpieczniejsze. Więc to jest ten aspekt tych błędów, tych spostrzeżeń, na które na pewno chciałbym zwrócić uwagę. Pytać się specjalistów, z naciskiem na prawników i księgowych, bo to jest szalenie ważne.

A druga rzecz – zaufanie. Wszyscy chcemy, żeby ktoś mógł nam zaufać, żebyśmy my mogli zaufać komuś. I zaufanie to rzecz wspaniała, tak samo przyjaźń. Natomiast trzeba wiedzieć, że nie na tym to polega. Można sobie ufać. Mogę ufać Mikołajowi, Mikołaj mnie, ale mimo to mamy taką umowę, że Mikołaj będzie bezpieczny i ja też, bez względu na wszelkiego rodzaju konsekwencje. I tego powinniśmy się trzymać. Bo miałem wiele takich sytuacji przez ostatnie cztery lata, kiedy zaufałem komuś, osobie, która – wydawało mi się – jest odpowiednia, a która potem mnie zawiodła. I właśnie przez to, że bazowałem na zaufaniu, sugerując się małym doświadczeniem, wydawało mi się, że to tak powinno działać. Wiele na tym straciłem, wiele problemów to spowodowało. Dlatego ufajmy sobie, bo to buduje, to pomaga, ale oprócz zaufania wszystkie aspekty prawne powinny być dopięte na ostatni guzik, to jest najważniejsze.

Czyli współpracujesz z kimś i podpisujesz jakąś umowę współpracy. To musi być spisane, ewentualnie też zabezpieczacie się w jakikolwiek sposób. Ja zawsze mówię, że umowy są na czas wojny. Czyli my współpracujemy, mamy jakieś plany biznesowe…

To wtedy jest zaufanie.

I co będzie, jak się nie uda?

Wtedy jest umowa.

Tak. Ja jeszcze pamiętam taki cytat, gdzie ktoś powiedział, że jeżeli chodzi o duże pieniądze, to uczucia rodzinne stygną szybciej niż ciało zmarłego. Więc była współpraca z tamtym klubem sportowym, z tymi ludźmi, ale w momencie kiedy pojawiły się jakieś realne pieniądze, kiedy nagle przez klub zaczęło przewijać się 100 osób, to co ich to obchodzi, że znacie się od kilku lat, że miałeś kontakt z ich synem, jeżeli w grę wchodzą pieniądze. Nie było tu żadnych skrupułów, żeby próbować powalczyć.

Jest to przykre, ale prawdziwe.

Mam dla ciebie ostatnie dwa pytania. Ponieważ ja strasznie żałuję, że nie spisywałem sobie tak rzetelnie planów, celów na nowy rok – one co prawda gdzieś tam w głowie były, mniej więcej udawało mi się je osiągać, wiadomo, że większości raczej nie – to chciałem się ciebie zapytać, czy te cele gdzieś tam sobie spisujesz?

Wspomniałeś również, że kiedy zaczynałeś i był grudzień 2012 r., byłeś po maturze i powiedziałeś: „Fajnie, zróbmy biznes”, to od tego czasu minęły cztery lata. Ja chcę zadać ci pytanie: gdzie widzisz siebie za pięć lat?

Zawsze to jest trudne pytanie, natomiast zastanawiałem się nad tym jakiś czas temu. I oczywiście, będzie zabawnie, jak za pięć lat to odsłucham, bo wiele rzeczy się zmienia. Natomiast planując sobie, jak to będzie wyglądało za pięć lat, to moim planem jest przede wszystkim Calisthenics Academy w każdym większym mieście w Polsce. Co dalej? Na pewno wszystko skupia się wokół tego, czyli rozwinięcie sieci i stanie się pionierem na rynku sportowym w branży fitness w Polsce. To jest plan na za pięć lat.

Wspomniałeś też, że spisujesz, podsumowujesz rok, masz cele, czyli to, co ja chcę robić, ale nie robię.
Spisuję sobie cele, wyznaczam je na dany okres, czyli np. na rok, dzielę to na kilka dziedzin. Czyli cele biznesowe, prywatne, regeneracyjne, wypoczynkowe, jakiekolwiek edukacyjne oraz oprócz tego kilka innych. Na samym początku tego roku wyznaczyłem sobie również cele na 2020 r., dlatego też mniej więcej wiedziałem, co chcę powiedzieć, ale oprócz tego mam taką tradycję, że w okresie świąteczno-sylwestrowym siadam sobie jednego dnia i analizuję cały miniony rok, analizuję wszystko, co robiłem dobrze i źle, plusy i minusy, to, co się stało pozytywnego oraz negatywnego, jeżeli chodzi o moje życie zarówno prywatne, jak i zawodowe, czyli oczywiście firmę. To jest naprawdę ciekawa nauka. Oczywiście minusów zawsze jest o niebo więcej, ich lista rośnie w nieskończoność, a tych plusów już nawet nie da się wymyślić, ale tak to już jest.

Oby minusów było jak najmniej. Ja ci kibicuję. Jak będę mógł, to zawsze będę tobie pomagał. Fantastycznie się ciebie ogląda. Zresztą rozmawialiśmy wiele razy o tym, wzajemnie się motywujemy, nakręcamy do działania. Ja lubię otaczać się przedsiębiorcami. Nawet nie chodzi o to, że ja z tobą rozmawiam jako z osobą, która miała jakiś problem prawny, który udało nam się rozwiązać, ale mnie zawsze fascynuje po prostu przedsiębiorczość. Wykonuję taki zawód, gdzie mam styczność z przedsiębiorcami, i to tymi bardziej kreatywnymi, którzy rozkręcają swoje biznesy, więc takie rozmowy są po prostu niesamowite. Pomyślałem, że skoro my i tak o tym rozmawialiśmy, to dlaczego by nie nagrać podcastu, aby nasi słuchacze mogli to usłyszeć, bo to jest szalenie wartościowa wiedza. Być może będziesz bardzo inspirującym przykładem dla tych osób.

Mam nadzieję, że w jakikolwiek sposób, chociaż minimalnie, będę mógł pomóc.

Bardzo dziękuję ci, że poświęciłeś czas. Myślę, że rozmowa wyszła rewelacyjnie. Życzę ci powodzenia.

Dziękuję bardzo.

<< Poprzedni odcinek

 

Podobał Ci się ten podcast?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych odcinkach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


Do zajęcia się tym tematem popchnęła mnie historia mojej klientki. Importowała ona herbatę z Chin, by sprzedawać ją pod własną marką. W nazwie użyła słowa wskazującego na ekologiczne pochodzenie herbaty. Po państwowej kontroli w firmie, dowiedziała się, że złamała prawo. Tak jest, kiedy wprowadza się na rynek towary z użyciem słów bio, eko lub organic, bez wymaganych certyfikatów.
 

 

Czy można użyć słowa bio, eko lub organic jeżeli zarejestrowało się swój znak towarowy w Urzędzie Patentowym?

Moja klientka miała bardzo poważne plany w stosunku do swojej marki. Zanim zaczęła import herbaty do Polski, zastrzegła swój znak towarowy.

Dzięki temu była przekonana, że działa całkowicie legalnie. Kiedy na kontroli pojawił się przedstawiciel Wojewódzkiego Inspektoratu Jakości Artykułów Rolno- Spożywczych pokazała mu wydane przez Urząd Patentowy RP ozdobne świadectwo ochronne.

Na urzędniku nie zrobiło to jednak wrażenia.

Rejestracja znaku nie uprawnia do użycia określeń typu bio, eko lub organic na produktach. Kobieta była całą sytuacją rozgoryczona. Zapłaciła za ochronę swojego znaku towarowego, a pomimo tego urzędnik mówi jej, że nie może się nim posługiwać.

Słowa bio, eko, organic na produkcie stymulują sprzedaż.

Czy można użyć słowa bio, eko lub organic w nazwie firmy lub produktu?Okazuje się, że przepisy dokładnie określają, kiedy można legalnie posługiwać się określeniami typu bio, eko, organic, czy innymi, które sugerują ekologiczne i naturalne właściwości produktów spożywczych.

Ich celem jest ochrona tych przedsiębiorców, którzy faktycznie podejmują wysiłek wytworzenia ekologicznej żywności. Chodzi również o niedopuszczenie do tego, aby konsumenci stracili zaufanie do ekologicznych oznaczeń znajdujących się na opakowaniach.

Obecnie zdrowy styl życia staje się modny.

Mając do wyboru dwa jogurty, ludzie chętniej wybiorą ten, który sugeruje ekologiczne pochodzenie. Przykładowo w Niemczech, ekologiczne produkty potrafią być nawet dwa razy droższe niż normalne.
 

No i właśnie z tych powodów przedsiębiorcy chętnie umieszczają na swoich produktach słowa bio, eko lub organic. To się po prostu opłaca.

Część z nich, nie zdaje sobie sprawy z tego, że takim zachowaniem łamią prawo.

Jest jednak grupa przedsiębiorców, którzy używając tych oznaczeń, dość cynicznie i z pełną premedytacją wprowadzają konsumentów w błąd.

Na to zjawisko mówi się: nierzetelny marketing ekologiczny.

Kiedy można użyć słowa bio, eko, organic w nazwie produktu?

Na terenie UE kwestię oznaczeń sugerujących ekologiczne pochodzenie produktów spożywczych reguluje Rozporządzenie nr 834/2007.

Mówi ono, że:

Produkt opatrzony jest terminem odnoszącym się do ekologicznej metody produkcji, jeżeli na opakowaniu czy materiałach reklamowych, znajdują się terminy sugerujące, że produkt został uzyskany zgodnie z przepisami tego rozporządzenia.

 
Wśród przykładów takich oznaczeń wyraźnie wymieniono bio i eko, ale ich katalog jest otwarty. Czyli do tego typu oznaczeń mogą być zakwalifikowane informacje, że np. dany produkt jest:

  • „z ekologicznie czystych rejonów”;
  • „ze zdrowego serca Mazur”;
  • „z naturalnych źródeł”, czy
  • „z nietkniętych ostępów puszczy”.



Ciekawostka:

Rozporządzenie wyraźnie wskazuje, że oznaczenia typu bio, eko czy organic, nie mogą być używane w znakach towarowych,  jeżeli mogą wprowadzać konsumenta w błąd.

Rozporządzenie precyzuje, kiedy nie można używać określeń sugerujących ekologiczne właściwości produktów:

  • Po pierwsze, jeżeli w przetworzonej żywności co najmniej 95 % jej masy nie stanowią składniki ekologiczne.
  • Po drugie, jeżeli takie produkty zawierają organizmy zmodyfikowane genetycznie.
  • Ponadto, produkty ekologiczne muszą być wytwarzane bez sztucznych nawozów i chemicznych środków ochrony roślin.

 

EUROLIŚĆ – symbol ekologicznej żywności.

W 2010 r. wprowadzono na terenie UE taki oto jako symbol żywności ekologicznej:

EUROLIŚĆ. Czy można użyć słowa bio, eko lub organic w nazwie firmy lub produktu?

Jest to tzw. „euroliść”, który stworzył niemiecki student wzornictwa przemysłowego. Ten znak producenci, przetwórcy czy importerzy mogą umieszczać na opakowaniach swoich produktów. Oczywiście pod warunkiem, że otrzymali certyfikat ekologiczny.

Do czasu wprowadzenia „euroliścia”, w Polsce obowiązywał taki oto znak „Rolnictwa ekologicznego”.

Czy można użyć słowa bio, eko lub organic w nazwie firmy lub produktu?No, ale obecnie to już historia.

Tak jak napisałem, aby legalnie móc oznaczać swoje produkty spożywcze określeniami bio, eko, organic, czy używać „euroliścia” należy uzyskać certyfikat ekologiczny odpowiedniej jednostki certyfikującej. Listę takich jednostek publikuje na swojej stronie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Alternatywnie możesz je pobrać klikając tutaj.

Wnioskując o certyfikat musisz się liczyć z tym, że Twoje produkty zostaną szczegółowo przebadane. A jeżeli nie spełnią wymogów z rozporządzenia, certyfikatu nie otrzymasz.

Co grozi za bezprawne użycie oznaczeń bio, eko czy organic?

Jeżeli chodzi o konsekwencje bezprawnego posługiwania się określeniami typu bio, eko czy organic, to wskazane są one w polskiej ustawie o rolnictwie ekologicznym.

Mówi ona, że:

  • Podmiot, który wprowadza do obrotu tak oznaczone towary, podlega karze pieniężnej w wysokości do 200% korzyści majątkowej uzyskanej lub którą mógłby uzyskać za wprowadzone do obrotu produkty, nie niższej jednak niż 500 zł.
  • Taki podmiot będzie zmuszony również zmienić oznakowania swoich produktów na takie, które nie wprowadza w błąd. No i można tutaj wymienić kilka historii przymusowego rebrandingu. Wszystkie akurat dotyczą herbat:

– Marka BIO ACTIVE zmieniła nazwę na BIG ACTIVE.
– Marka EKOLAND na EKLAND.
– A marka BIO FIX na BIFIX. Choć nowe logo budzi pewne skojarzenia 🙂

  • Warto dodać, że podmiot który oznacza swoje produkty z naruszeniem prawa może być zmuszony do ich niezwłocznego wycofania z rynku na własny koszt.



Ogólnopolskie kontrole produktów spożywczych.

Na podstawie danych podanych przez UOKiK ,w ramach ogólnopolskiej kontroli, w 2015 r. przebadanych zostało 947 partii produktów ekologicznych. Niezgodne z prawem oznakowanie wykryto w 11% produktów.

Takie kontrole są więc realne i wszelkie nieprawidłowości są wyłapywane.

Bezprawne używanie określeń bio, eko lub organic może stanowić czyn nieuczciwej konkurencji.

Osoby posługujące się określeniami sugerującymi ekologiczne właściwości produktów, mogą naruszać ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.
 
Mówi ona, że:

Art. 10. 1.

Czynem nieuczciwej konkurencji jest takie oznaczenie towarów lub usług albo jego brak, które może wprowadzić klientów w błąd co do pochodzenia, ilości, jakości, składników, sposobu wykonania, przydatności, możliwości zastosowania, naprawy, konserwacji lub innych istotnych cech towarów albo usług, a także zatajenie ryzyka, jakie wiąże się z korzystaniem z nich.

Art. 16. 1.

Czynem nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy jest w szczególności:

1) reklama sprzeczna z przepisami prawa, dobrymi obyczajami lub uchybiająca godności człowieka;
2) reklama wprowadzająca klienta w błąd i mogąca przez to wpłynąć na jego decyzję co do nabycia towaru lub usługi;

Czy można użyć słowa bio, eko lub organic w nazwie firmy lub produktu?

Możesz mieć problem z rejestracją znaku towarowego.

Podmiot, który nie ma uprawnień do posługiwania się określeniami wskazującymi na ekologiczne pochodzenie produktu, może mieć problem z rejestracją znaku towarowego. Dokonując zgłoszenia ekspert może zażądać od Ciebie dowodu na to, że masz certyfikaty uprawniające Cię do korzystania z tego typu oznaczeń.

Ewentualnie konkurencja może się pokusić o unieważnienie Twojego znaku.

Ustawa Prawo własności przemysłowej mówi wyraźne:

Art. 1291

1. Nie udziela się prawa ochronnego na oznaczenie, które:

[…]
12) ze swojej istoty może wprowadzać odbiorców w błąd, w szczególności co do charakteru, jakości lub pochodzenia geograficznego towaru

Podsumowanie.

Wnioski z tego co ci właśnie powiedziałem są chyba oczywiste.

Powinieneś w sposób przemyślany oznaczać swoje produkty spożywcze. Jakiekolwiek sugerowanie ich ekologicznych właściwości, poprzez dodanie określeń bio, eko czy organic, prędzej czy później może być poddane kontroli.

Należy więc albo się do tego przygotować i uzyskać certyfikat albo pomyśleć nad innym sposobem na wyróżnienie się na tle konkurencji.
 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Na blogu w kilku miejscach opisywałem już jak chronić markę firmy. Dziś podejdę do tego tematu całościowo. Markę firmy możesz chronić w dwóch modelach. W pierwszym są przepisy przyznające ochronę, bez wymogu formalnej rejestracji. W drugim, podwyższoną ochronę marce zapewnia się poprzez jej rejestrację w Urzędzie Patentowym.
 


Jak chronić markę firmy w oparciu o kodeks cywilny?

 

Prawo do firmy.

Firma w znaczeniu potocznym różni się od firmy w znaczeniu prawnym. Ludzie mówiąc o firmie, myślą o przedsiębiorstwie handlowym lub usługowym. Tylko, że w znaczeniu prawnym, firma to oznaczenie przedsiębiorcy, pod którym występuje on jako podmiot stosunków prawnych.

Czyli upraszczając:

FIRMA = NAZWA PRZEDSIĘBIORCY

 
Ja na blogu celowo posługuję się określeniem „firma” w znaczeniu potocznym. Dzięki temu, to o czym piszę jest łatwiejsze do zrozumienia dla nieprawników.

Mam nadzieję, że się ze mną zgodzisz 🙂


Przepisy dotyczące ochrony prawa do firmy znajdziesz w kodeksie cywilnym Mowa jest w nich o tym, że firma przedsiębiorcy powinna się odróżniać dostatecznie od firm innych przedsiębiorców prowadzących działalność na tym samym rynku. Jeżeli więc ktoś posługuje się identyczną lub bardzo podobną firmą jak Twoja, to możesz powołać się na następujące przepisy:


Art. 433.

§ 1. Firma przedsiębiorcy powinna się odróżniać dostatecznie od firm innych przedsiębiorców prowadzących działalność na tym samym rynku.
§ 2. Firma nie może wprowadzać w błąd, w szczególności co do osoby przedsiębiorcy, przedmiotu działalności przedsiębiorcy, miejsca działalności, źródeł zaopatrzenia.


Art. 4310.

Przedsiębiorca, którego prawo do firmy zostało zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania, chyba że nie jest ono bezprawne. W razie dokonanego naruszenia może on także żądać usunięcia jego skutków, złożenia oświadczenia lub oświadczeń w odpowiedniej treści i formie, naprawienia na zasadach ogólnych szkody majątkowej lub wydania korzyści uzyskanej przez osobę, która dopuściła się naruszenia.

Osoba, która zakłada działalność gospodarczą lub spółkę, musi wskazać firmę, pod którą będzie działać. Te informacje możesz znaleźć na stronie CEIDG oraz KRS. Więcej o firmie przeczytasz w moim artykule pt.: Firma, oznaczenie przedsiębiorstwa, znak towarowy.

Jak chronić markę firmy w oparciu o ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji?

 

Oznaczenie przedsiębiorstwa

Możesz chronić markę firmy bez formalnej rejestracji, opierając się o ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (dalej UZNK). Mówi ona:

Art. 5.

Czynem nieuczciwej konkurencji jest takie oznaczenie przedsiębiorstwa, które może wprowadzić klientów w błąd co do jego tożsamości, przez używanie firmy, nazwy, godła, skrótu literowego lub innego charakterystycznego symbolu wcześniej używanego, zgodnie z prawem, do oznaczenia innego przedsiębiorstwa.

Jak widzisz, ustawa UZNK przyznaje ochronę oznaczeniu przedsiębiorstwa. Pod tym pojęciem należy rozumieć wszystkie symbole mogące służyć wyróżnianiu przedsiębiorstwa w prowadzonej działalności gospodarczej.

Może to być:Jak chronić markę firmy?

  • firma;
  • fantazyjna nazwa;
  • godło czy
  • skrót literowy.

Oznaczenie przedsiębiorstwa jest pojęciem szerszym niż firma, która może występować tylko w wersji słownej.

Przykładowo, oznaczeniem przedsiębiorstwa będzie znany chyba każdemu symbol nadgryzionego jabłka.


Aby nie łamać prawa, konkurencja musi się posługiwać oznaczeniem przedsiębiorstwa na tyle różnym od Twojego, aby nie wprowadzać konsumentów w błąd. Bierze się tutaj pod uwagę zasięg geograficzny działalności oraz rodzaj oferowanych towarów bądź usług.

Jeżeli Twoje przedsiębiorstwo zajmuje się transportem i spedycją, to nie będzie kolizją sytuacja, kiedy identyczną nazwą posługuje się np. piekarnia.
 
A często taka sytuacja przedsiębiorców irytuje, bo np. zaradna piekarnia wyprzedza ich w wynikach w Google 🙂

Niezarejestrowany znak towarowy

Ustawa UZNK tym pojęciem formalnie się nie posługuje, ale już literatura naukowa tak. Oznaczenie, które spełnia funkcję znaku towarowego, ale nie zostało zgłoszone do ochrony w Urzędzie Patentowym, jest właśnie niezarejestrowanym znakiem towarowym.

I to do niego właśnie odnosi się poniższy przepis:

Art. 10. 1.

Czynem nieuczciwej konkurencji jest takie oznaczenie towarów lub usług albo jego brak, które może wprowadzić klientów w błąd co do pochodzenia, ilości, jakości, składników, sposobu wykonania, przydatności, możliwości zastosowania, naprawy, konserwacji lub innych istotnych cech towarów albo usług, a także zatajenie ryzyka, jakie wiąże się z korzystaniem z nich.

Pamiętaj przy tym, że znaki towarowe pełnią inną funkcję niż firma czy oznaczenie przedsiębiorstwa. Znaki towarowe służą do komercyjnego oznaczania pochodzenia towaru lub usługi.
 
Przykład:

Przedsiębiorca może prowadzić działalność gospodarczą pod firmą „FENIKS Jan Kowalski”, ale swoje sklepy internetowe oznaczać jako: „ATOS”, „PORTOS” i „ARAMIS”. Jeżeli nie chroni tych znaków towarowych w Urzędzie Patentowym, to nie oznacza, że konkurencja swobodnie może posługiwać się podobnymi markami.

 
Podobnie jak oznaczenie przedsiębiorstwa, tak niezarejestrowany znak towarowy jest chroniony przed ryzykiem wprowadzenia konsumentów w błąd. A takie ryzyko będzie realne, jeżeli zbliżonym określeniem posłuży się inny przedsiębiorca, do oznaczania:

  • tych samych towarów lub usług
  • na tym samym terytorium.

Jeżeli swoje usługi świadczysz na terenie całego kraju, to faktycznie ochrona niezarejestrowanego znaku obejmie takie terytorium.

Jeżeli jednak działasz lokalnie, a konkurent na drugim końcu Polski, to możesz mieć problem ze zmuszeniem go do zmiany nazwy.

Właśnie w takich sytuacjach widać przewagę zastrzeżonego znaku towarowego. Taka formalna rejestracja pozwala chronić markę firmy na terenie całego kraju lub nawet całej Unii Europejskiej. Wszystko od zakresu ochrony o jaki wnosiłeś.

 

Jak chronić markę firmy?Jak chronić markę firmy w oparciu o ustawę o prawie autorskim?

Kolejnym prawem, które pozwala Ci chronić markę firmy, jest prawo autorskie. W większości przypadków będzie się to odnosiło tylko do skopiowania szaty graficznej twojego firmowego logo.

W artykule pt.: Pojedyncze słowo – czy może być chronione prawem autorskim? wskazywałem, że z tytułu wymyślenia nawy firmy nie przysługują Ci do niej prawa autorskie. Sytuacja kiedy pojedyncze słowo albo proste zestawienie słów, stanowi utwór w świetle prawa autorskiego, należy do absolutnych wyjątków.

 
Chcąc chronić markę firmy w oparciu o pr. autorskie możesz się powołać na:

Art. 78. 1.

Twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania. W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie.

Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub – na żądanie twórcy – zobowiązać sprawcę, aby uiścił odpowiednią sumę pieniężną na wskazany przez twórcę cel społeczny.

 

Tymczasem fantazyjne logo takim utworem najczęściej jest. Prawo to powstaje w momencie jego ustalenia i nie wymaga formalnej rejestracji w jakimś urzędzie.

Jednak przy prawach autorskich, firmy popełniają jeden i ten sam błąd. Zakładają, że wraz z zapłaceniem grafikowi za jego pracę, automatycznie przechodzą na nich prawa autorskie do logo. Niestety tak nie jest!

Ustawa wyraźnie mówi, że aby tak się stało musi zostać zawarta, pod rygorem nieważności, umowa pisemna.


Moje doświadczenie pokazuje, że o takiej umowie mało kto pamięta. Zamiast tego, w umowie o dzieło, albo na fakturze, grafik oświadcza, że przenosi prawa do logo na nabywcę. Taki zapis będzie nieważny, bo nie zawiera szeregu bardzo ważnych ustaleń.

Tym samym, wielu przedsiębiorców żyje w błędnym przeświadczeniu, że posiada prawa do logo. Kiedy dochodzi do sporu, nagle okazuje się, że chcąc chronić markę firmy, z pozwem może wystąpić grafik, ale nie sam przedsiębiorca.

Oczywiście takie prawa można przenieść nawet po latach, ale kiedy minie np. 15 lat, to znalezienie twórcy bywa często niemożliwe.

 

Jak chronić markę firmy w oparciu o zarejestrowany znak towarowy?

W kontekście tego co Ci właśnie powiedziałem, możesz odnieść wrażenie, że tych narzędzi prawnych pozwalających chronić markę firmy, jest całkiem sporo.

W końcu przysługuje ci:

Problem jednak w tym, że żadne z tych praw nie są rejestrowane. No może poza firmą, ale również tutaj ochrona wynika z używania firmy, a nie samej deklaracji w urzędzie. Oznacza to, że aby na te prawa się powoływać, musisz w pierwszej kolejności udowodnić, że one Ci w ogóle przysługują. A często bywa to dość karkołomnym zadaniem.


Jak chronić markę firmy?Tymczasem jeżeli zarejestrujesz swój znak towarowy, to Urząd Patentowy RP wyda Ci świadectwo rejestracji.

W tym jednym dokumencie znajdują się wszystkie informacje potrzebne do sporu w sądzie.

  • Będzie tam napisane, że prawa do znaku przysługują Tobie.
  • Będzie wskazana data rejestracji i okres do kiedy to prawo jest w mocy. Oczywiście po 10-ciu latach możesz takie prawo przedłużyć.
  • Czy ochronie podlega nazwa czy również logo.

 

Jeżeli swojego znaku nie zarejestrowałeś, to wchodząc w spór musisz w pierwszej kolejności wykazać do jakiego oznaczenia rościsz sobie prawa. Co do zasady ochrona przysługuje z racji pierwszeństwa używania, ale to wszystko musisz udowodnić. W szczególności jakie towary lub usługi były oferowane pod tym oznaczeniem. To czego nie wprowadzałeś na rynek nie będzie chronione, choćbyś miał takie plany.

Tymczasem jeżeli rejestrujesz swój znak towarowy to możesz wskazać nawet towary czy usługi, których faktycznie jeszcze nie oferujesz. Masz 5 lat na rozpoczęcie działalności w tych branżach. Możesz więc sobie zarezerwować rynek. W przypadku znaków niezarejestrowanych jest to niemożliwe.



Co więcej, jeżeli swojego znaku nie zarejestrowałeś, to musisz udowodnić od jakiej daty w sposób rzeczywisty posługujesz się danym oznaczeniem oraz na jakim terytorium.

Chcę ci przez to pokazać, że postępowanie dowodowe może nie być takie proste. Z doświadczenia wiem, że w sporze prawnicy twojego konkurenta będą starali się te dowody zbijać. Jeżeli nie będą wiarygodne, nie będą posiadać daty pewnej, oni to wypunktują.

W efekcie może dojść do tego, że ochrona jaką będziesz dysponował np. z tytułu niezarejestrowanego znaku towarowego, będzie mocno okrojona. Nie obejmie wszystkich towarów o jakie wnosiłeś albo ograniczy się do mniejszego terytorium niż zakładałeś.


Aby Ci to zobrazować, podam Ci przykład, który często przedstawiam na blogu.

Przykład:

Mamy dwie pizzerie posługujące się identyczną nazwą. Jedna jest w Gdańsku, a druga w Zakopanem. Teoretycznie kolizja jest oczywista. Tylko jeżeli się zastanowić, to raczej wątpliwe aby ktoś skutecznie zamówił pizzę z Gdańska do Zakopanego. Ryzyko wprowadzenia w błąd jest więc niewielkie. I choćby ten przedsiębiorca z Gdańska działał już od 10-ciu lat, to nic nie zrobi.

Gdyby jednak ten sam przedsiębiorca swój znak chronił, to mógłby skutecznie chronić markę firmy na terenie całej Polski. Powołując się na przyznane mu świadectwo rejestracji, łatwo zmusiłby konkurenta do zmiany nazwy.


Jakie korzyści daje rejestracja znaku towarowego?

Zapytaj mnie o wycenę

Imię i nazwisko

Adres email

Treść wiadomości

+48 575 999 710

mikolaj@lech.bydgoszcz.pl

Cześć przedsiębiorców nie zastrzega znaków towarowych ponieważ uważają, że jest to im niepotrzebne. Inni nie wiedzą nawet jak chronić markę firmy.

Kiedyś na blogu liczyłem i wyszło mi, że gdyby wszystkie opłaty razem z usługami rzecznika patentowego można było płacić miesięcznie, to koszt ochrony wyniósłby:

  • na Polskę około 25 zł, a
  • na Unię Europejską około 45 zł.

Problem w tym, że wszystkie 10-cio letnie opłaty należy uiścić już na początku. Stad wiele osób odkłada zgłoszenie na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Pamiętaj tylko, że Urząd Patentowy może odmówić rejestracji, jeżeli Twój znak nie spełni wymogów ustawowych.

Mogę zająć się dla Ciebie wszelkimi formalnościami. Po prostu skontaktuj się ze mną przez formularz po prawej.

________________________________


Optymalizacja podatkowa.

Zastrzegając swój znak towarowy, zyskujesz coś więcej niż tylko silne narzędzie prawne do walki z nieuczciwą konkurencją. Taki znak możesz wykorzystać do optymalizacji podatkowej. Najprostszym sposobem jest po prostu jego licencjonowanie. Możesz go zarejestrować na siebie jako osobę fizyczną i udzielić licencji na jego używanie np. spółce.

Alternatywnie po latach wycenić taki znak i wnieść aportem do spółki.

 
Pomoc w przypadku bankructwa.

Jeżeli spółka zarejestrowała swój znak towarowy, to w przypadku bankructwa likwidator może takie prawo sprzedać. A jeżeli taki znak był na rynku obecny od wielu lat i dobrze się kojarzy, to jest również cenny. Bardzo prawdopodobne, że znajdzie się kupiec na taki znak. A to pozwoli pomniejszyć długi spółki.

Z drugiej strony, jeżeli prawa do znaku przysługują Tobie jako os. fizycznej, to nawet jeżeli spółka zbankrutuje, ty nie tracisz praw do znaku.

 
Symbol ® działa korzystnie marketingowo.

Jak chronić markę firmy?Poza aspektem stricte prawnym, rejestracja znaku działa pozytywnie wizerunkowo. Upoważnia przedsiębiorcę do posługiwania się symbolem ®. Ta R-ka oznacza, że ten konkretny znak towarowy został zarejestrowany.

R-ka cieszy się wśród konsumentów dobrą opinią. I jako ciekawostkę powiem Ci, że większość osób odbiera go jako informację, że dany towar jest oryginalny. Choć jest to błędne tłumaczenie, to działa jak najbardziej na korzyść marki.

 

Jeżeli zastanawiasz się jak chronić markę firmy, to ten artykuł powinien Ci wszystko wyjaśnić. Jako przedsiębiorca musisz odpowiedzieć sobie na pytanie czy ochrona bez formalnej rejestracji Ci wystarczy. Jest to taka opcja minimum, którą gwarantuje Ci prawo. Jeżeli jednak Twój biznes dobrze się rozwija, a więc staje się cenny, warto rozważyć wzmocnienie tej ochrony poprzez rejestrację znaku towarowego.
 



Na koniec polecam Ci jeszcze obejrzeć poniższe nagranie:

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Zauważyłem, że ludzie często sugerują się nazwą „Urząd Patentowy”, myśląc, że zajmuje się on tylko patentami. Nawet jeżeli wiedzą, że można tam chronić markę, to mówią o „opatentowaniu nazwy firmy”. Zastrzegając znak towarowy należy wskazać klasy towarowe. Często jestem wtedy pytany czy znak towarowy chroni usłgi?. No i w tym artykule wszystko Ci wyjaśnię.

Czy znak towarowy chroni usługi?Urząd Patentowy RP

 
W języku potocznym i w prasie przyjęło się używanie pewnych uproszczeń. Dla osoby, która z tematyką znaków towarowych spotyka się po raz pierwszy, może to powodować mętlik w głowie. Wiele określeń w swojej nazwie nawiązuje do towarów, choć jak dalej przeczytasz, obejmuje również usługi. Tak jest chociażby ze znakiem towarowym. Firmy świadczące usługi wolałyby chronić znak usługowy.

Tylko czy to w ogóle możliwe?

Czy Urząd Patentowy RP zajmuje się tylko patentami? NIE

Ogólnie mówiąc, Urząd Patentowy RP zajmuje się ochroną własności przemysłowej. Faktycznie, tak jak się przyjęło, przyznaje patenty na wynalazki. Tylko, że w ramach swoich kompetencji ma również udzielanie:

– praw ochronnych na znaki towarowe;
– praw z rejestracji na wzory przemysłowe;
– praw ochronnych na wzory użytkowe;
– prawa z rejestracji układów scalonych;
– praw ochronnych na oznaczenia geograficzne.

W świetle danych publikowanych przez Urząd Patentowy RP najwięcej spraw, które do niego trafia, dotyczy nie wynalazków, a znaków towarowych. Można więc powiedzieć, że jego nazwa jest nieco myląca. Urzędy zajmujące się ochroną własności przemysłowej w innych krajach, mają bardziej bądź mniej precyzyjne nazwy:

 

United States Patent and Trademark Office


  The German Patent and Trade Mark Office


Irish Patents Office


Benelux Office for Intellectual Property

Norwegian Industrial Property Office

Czy rzecznik patentowy zajmuje się tylko patentami? NIE

Po lekturze pierwszego punktu na pewno wiesz o czym teraz napiszę 🙂

Skoro zajmujemy się wszelkimi sprawami przed Urzędem Patentowym RP, to te patenty stanowią jedynie fragment naszej pracy. Na temat uprawnień, które posiadamy, szczegółowo pisałem w artykułach pt.: W czym może Ci pomóc rzecznik patentowy – cz. 1 oraz cz. 2.

Dodam jedynie ciekawostkę. Poza uzyskiwaniem ochrony w odpowiednich urzędach na całym świecie, bronimy  klientów w sądach. Czyli mamy takie same uprawnienia jak adwokaci czy radcowie prawni, pod warunkiem, że  sprawa dotyczy własności przemysłowej.

 

Czy istnieje coś takiego jak znak usługowy? TAK

Choć w każdym artykule na temat prawnej ochrony marki mówi się o znakach towarowych, to faktycznie odnoszą się one również do usług. A wynika to jednoznacznie z ustawy Prawo własności przemysłowej (dalej pwp):

Art. 120. 3.

Ilekroć w ustawie jest mowa o:

1) znakach towarowych – rozumie się przez to także znaki usługowe;

To ważna informacja dla firm usługowych. W pojęciu znaku towarowego mieszczą się znaki usługowe. I znów jako ciekawostkę powiem, że zwyczajowo przy znaku towarowym przedsiębiorcy stawiają symbol TM (skrót od ang. trademark). Symbolem znaku usługowego jest SM (skrót od ang. service mark).

Pamiętaj przy tym, że tylko jeżeli zarejestrowałeś znak towarowy, możesz umieścić w jego okolicy chroniony prawem symbol ®.

 

Czy znak towarowy chroni usługi? TAK

Czy znak towarowy chroni usługi?Dokonując zgłoszenia znaku towarowego do ochrony musisz wskazać klasy towarowe.

To coś na kształt znanego każdemu przedsiębiorcy PKD. Formalnie te klasy towarowe znajdują się w tzw. Klasyfikacji Nicejskiej. Zawiera ona 45 klas.

Formalnie pierwsze 34 klasy to klasy towarowe, a pozostałe 11 to klasy usługowe.

W każdej klasie uszeregowane są towary i usługi, do oznaczania których ma służyć znak towarowy (bądź znak usługowy).

 

I znów wytłumaczenie znajdujemy w ustawie pwp:

Art. 120. 3.

Ilekroć w ustawie jest mowa o:

[..]

2) towarach – rozumie się przez to w szczególności wyroby przemysłowe, rzemieślnicze, płody rolne oraz produkty naturalne, zwłaszcza wody, minerały, surowce, a także, z zastrzeżeniem art. 174 ust. 3, usługi;

 

Tak właściwie, to jestem w stanie zrozumieć zagubienie firm usługowych. Nic nie produkują, nic nie sprzedają, a żeby chronić swoją markę muszą się udać do Urzędu Patentowego, by zgłosić znak towarowy we wskazanych klasach towarowych

To może i powoduje mętlik w głowie.

Mam nadzieję, że pomogłem Ci tym wpisem.



Na koniec zachęcam Cię również do obejrzenia nagrania, w którym tłumaczę co różni firmę i oznaczenie przedsiębiorstwa od znaku towarowego.

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”


 

Od czasu do czasu odzywają się do mnie osoby, które szukają pomocy w walce z nieuczciwą konkurencją. Zazwyczaj wtedy, kiedy ktoś zaczyna posługiwać się identyczną lub podobną nazwą firmy jak ich. Problem w tym, że jej wcześniej nie zastrzegli w Urzędzie Patentowym. W związku z tym, pełni obaw pytają, czy niezarejestrowany znak towarowy jest w jakikolwiek sposób chroniony?
 

Niezarejestrowany znak towarowy posiada pewną ochronę.

Nawet jeżeli nie dokonałeś rejestracji znaku towarowego, to i tak przysługują Ci pewne prawa do marki. Pamiętaj jednak, że postępowanie sądowe w oparciu o niezarejestrowany znak towarowy będzie w takim przypadku trudniejsze.

Chodzi o to, że najpierw będziesz musiał wykazać, że te prawa w ogóle Ci przysługują.

Jeżeli zarejestrowałeś swój firmowy znak towarowy, to tego problemu nie ma. Po prostu w sądzie pokazujesz takie oto świadectwo rejestracji wydane przez Urząd Patentowy.

Będzie tam napisane jaki znak towarowy jest chroniony, na jakim terytorium i w zakresie jakich towarów lub usług. No i co najważniejsze, że to Ty masz do niego prawa.

Przyjmujemy jednak, że od kilku lat taki przedsiębiorca działał na rynku, ale swojej marki formalnie nie chronił. Teraz ma problem z konkurencją, która posługuje się identyczną albo bardzo podobną nazwą jak jego.
 

Niezarejestrowany znak towarowy w ustawie UZNK.

W takim przypadku z pomocą przychodzi ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.

W skrócie UZNK.

Art. 10. 1.

Czynem nieuczciwej konkurencji jest takie oznaczenie towarów lub usług albo jego brak, które może wprowadzić klientów w błąd co do pochodzenia, ilości, jakości, składników, sposobu wykonania, przydatności, możliwości zastosowania, naprawy, konserwacji lub innych istotnych cech towarów albo usług, a także zatajenie ryzyka, jakie wiąże się z korzystaniem z nich.

 

Co prawda ustawa nie posługuje się określeniem niezarejestrowany znak towarowy, ale w wielu opracowaniach naukowych takie pojęcie już występuje. To całkiem logiczne. Zauważ, że  taką podwyższoną ochroną prawną dysponują znaki zarejestrowane. Jeżeli jednak przedsiębiorca takiej rejestracji nie zrobił, to znak nadal pozostaje znakiem.

Tyle, że niezarejestrowanym.

Pamiętaj tylko, że nie każde słowo, logo czy symbol, będzie uznane za znak towarowy. Znaki towarowe służą do komercyjnego oznaczania pochodzenia towaru lub usługi.

Przykład:

Jeżeli ktoś prowadzi hobbystycznie bloga o kotkach pod nazwą „czarna pantera” – to nie posługuje się znakiem towarowym. Na blogu bowiem nie zarabia. Gdyby jednak taka osoba pod blog podpięła sklep z akcesoriami dla kotów, to nazwa ta zaczęłaby funkcjonować w obrocie gospodarczym jako niezarejestrowany znak towarowy.

 

Niezarejestrowany znak towarowy.

Kto ma prawa do niezarejestrowanego znaku towarowego?

Tutaj zasada wydaje się prosta. Prawo do niezarejestrowanego znaku towarowego przysługuje przedsiębiorcy, który jako pierwszy zaczął go używać. Przy czym pamiętaj, że to używanie nie może być jedynie symboliczne. A tak będzie jeżeli incydentalnie sprzedałeś np. 20 koszulek pod marką FENIX.

Można więc powiedzieć, że:

  • im większa będzie taka sprzedaż,
  • im dłużej będzie prowadzona,
  • im jej zasięg terytorialny będzie szerszy,

tym niezarejestrowany znak towarowy będzie dysponował silniejszą ochroną.

Problem jednak w tym, że nie ma rejestru niezarejestrowanych znaków towarowych. Oznacza to, że jeżeli pozwiesz konkurenta w oparciu o art. 10 UZNK, to będziesz się musiał natrudzić, aby udowodnić, że to Tobie przysługują prawa do niezarejestrowanego znaku towarowego. A może się to okazać zadaniem dość wymagającym.

W sądzie będziesz musiał udowodnić:

  • do oznaczania jakich towarów bądź usług wykorzystywałeś swój znak;
  • od jakiej daty go używałeś,
  • z jaką intensywnością, i co bardzo ważne
  • na jakim terytorium.

Problemy dowodowe z niezarejestrowanym znakiem towarowym.

Jeżeli nie uda Ci się zgromadzić przekonujących dowodów, to możesz mieć problem. Sąd może uznać, że faktycznie przysługują Ci prawa do niezarejestrowanego znaku towarowego, jednak tylko na niektóre towary. I to nie na całą Polskę, a jedynie na Twoje województwo.

Te wszystkie problemy dowodowe znikają kiedy swój znak skutecznie zarejestrujesz.

Taka ochrona obowiązuje wtedy od dnia zgłoszenia przez okres 10 lat. Monopol prawny otrzymujesz na wskazane w zgłoszeniu towary i usługi. I to na terenie całej Polski. Co ciekawe, możesz w takim zgłoszeniu wskazać towary i usługi, których faktycznie jeszcze nie oferujesz. Zabezpieczasz się tym na przyszłość.

To całe zamieszanie z dowodami przy niezarejestrowanym znaku towarowym jest potrzebne aby ustalić, czy Twój konkurent faktycznie naruszył prawo. Artykuł 10 UZNK chroni bowiem przed niebezpieczeństwem wprowadzenia w błąd konsumentów.
 

Niezarejestrowany znak towarowy.

Przykład:

Wyobraź sobie dwie pizzerie o tej samej nazwie. Jedna działa w Gdańsku, druga w Zakopanem.

Pozornie klient może się pomylić, prawda?

Nazwa ta sama, usługi te same. Tylko, jaka jest szansa, że ktoś z Gdańska zamówi pizzę z Zakopanego? Na etapie podania adresu dostawy, sprawa się wyjaśni. Ryzyko pomyłki będzie tutaj raczej niewielkie.

Może się więc okazać, że nawet jeżeli działałeś pod daną marką jako pierwszy, nie będziesz mógł zabronić używania takiej samej nazwy firmie z drugiego końca Polski. Oczywiście wszystko zależy od specyfiki danej branży. Niemniej powoływanie się na niezarejestrowany znak towarowy może być ratunkiem dla osób, które swojego znaku nie zastrzegły.

 

Ciekawostka:

Może dojść do sytuacji, że w wyniku ogromnej popularności, niezarejestrowany znak towarowy uzyska status znaku powszechnie znanego.

A wtedy uzyska wzmocnioną ochronę wynikającą z ustawy prawo własności przemysłowej.

Uzyskanie takiego statusu nie jest łatwe. Jednym z warunków jest to, aby taki znak był znany ponad 50% konsumentów. Czyli jest to zadanie szalenie trudne.

Poza tym, jeżeli marka zyskuje taką popularność, to szybko jest rejestrowana. Tym bardziej, że koszty rejestracji znaku towarowego wcale nie są wysokie.



 

Podobał Ci się ten artykuł?

Jeśli tak, to zapisz się na subskrypcję. Powiadomię Cię o nowych artykułach.
Dodatkowo jako gratis otrzymasz mój eBook pt.:
„10 RZECZY, KTÓRE MUSISZ WIEDZIEĆ O OCHRONIE MARKI”